drukuj

Moje święta, spędzone inaczej niż zawsze

Przy schronisku "Nad Łomniczką"

Boże Narodzenie, święta wyjątkowe, rodzinne, a tu, na tablicy ogłoszeń w ZUTW pojawia się oferta spędzenia ich w górach, niedaleko, bo w Karpaczu i to 5 dni za cenę, za którą nigdy bym świąt w domu nie zrobiła. 

Decyzja zapadła, jedziemy. A, że oferta spodobała się też mojej przyjaciółce i jej mężowi, jedziemy razem. Tyle, że ona, niczym włoska rodzina, z mamą, teściową, ciocią i wujkiem. Nie ma sprawy, miejsca są.
Moja rodzina po pierwszej reakcji „Jak to, święta bez mamy, pierogów?” (tak, tak, bez pierogów, nie bez mamy…), bierze się do roboty i przygotowuje sama te pierogi, jak się później okazuje wcale nie gorsze od moich, a może nawet lepsze. W duchu myślę: "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Czyżbym uciszała wyrzuty sumienia?

Pakujemy do walizki rzeczy na górskie wędrówki, no i coś wizytowego, bo przecież kolacja wigilijna, to na sportowo nie wypada. Ładujemy wszystko do samochodu i jazda. Nie lubię trasy Zielona Góra – Jelenia Góra, przez Bolesławiec. Po drodze mija się tak dużo zaniedbanych miejscowości, opuszczonych budynków, rozwalających się domów, straszących ruin, że lepiej zamknąć oczy.
Trzy godziny jazdy i w czwartek – 22 grudnia, jesteśmy w Karpaczu, w domu o nazwie Kosówka.
Tam spotykamy kilka znajomych małżeństw, słuchaczy ZUTW i koleżanki, które przyjechały same. Już wiem, że będzie wesoło.

Pierwsze wrażenie nie najlepsze, pokoje takie sobie, jedne lepsze, drugie gorsze, ale zimno. Pani kierowniczka denerwuje się, że chcemy grzejniki. Spokojnie i grzecznie, ale stanowczo egzekwuję grzejnik do pokoju, inni też. Kierowniczka zmienia ton na podobny do naszego, a co najważniejsze w budynku jest coraz cieplej. Potwierdza się, że spokój i grzeczność przy załatwianiu spornych spraw wygrywa ze zdenerwowaniem.

W piątek 23 grudnia, zaraz po śniadaniu, w pięć osób wyruszamy do Schroniska nad Łomniczką – 1002 m n. p. m. Wybieramy czerwony, łatwy szlak, chociaż trochę mi szkoda, bo żółty, chociaż o wiele trudniejszy, jest dużo ładniejszy. Jednak mokry śnieg nie zachęca do pójścia tą drogą. Maszerujemy przez Karkonoski Park Narodowy, cieszymy się śniegiem i widokami, mimo iż Śnieżka schowana jest we mgle.
Docieramy do schroniska, które mieści się w drewnianym budynku z początku XX wieku. Schronisko to nie posiada dopływu prądu, za to serwuje pyszne naleśniki z jagodami i bitą śmietaną. Zamawiamy. Grzane piwo z imbirem dodaje nam chyba skrzydeł, bo połowę drogi powrotnej pokonujemy jakbyśmy lecieli. Szum potoku górskiego o nazwie Łomniczka (prawy dopływ Łomnicy), uprzyjemnia przez chwilę tę wyprawę. Niestety, jak pisałam, nie idziemy żółtym szlakiem, który prowadzi wzdłuż tego potoku, więc po chwili przestajemy go słyszeć. Mijamy jednak inne maleńkie źródełka. Robimy zdjęcia, filmuję, jest fajnie. Do Kosówki wracamy około 15. Czuję swoje zmęczone nogi. No cóż, brak kondycji.
Po obiadokolacji już tylko odpoczynek i nadrabianie zaległości czytelniczych. Nie mam ze sobą komputera, nie mam Mm-ki. Jedynie Bolek (boleslawp) w to wszystko zaopatrzony, co rusz jakieś wiadomości przekazuje. Nie, nie chcę, nie będę pytała i, o dziwo, zasypiam kamiennym snem, co w domu mi się, po siedzeniu przy komputerze, nie zdarza.

Kolejny dzień, sobota, dzisiaj Wigilia, więc nie idziemy daleko, spacerujemy tylko po Karpaczu, żeby się do kolacji wigilijnej przygotować. Czuję niepokój. Jak to będzie? Dzwonię to do jednej, to do drugiej córki, rozmawiam z wnuczkami. Stały kontakt. Ostatnie życzenia i rozmowy z dalszą rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, o których w tak ważnym dniu nie można zapomnieć.

W Kosówce zapraszają nas o 13. na pyszną zupę grzybową, a kolacja wigilijna rozpoczyna się o godz. 17.
Wielki stół w świetlicy, za którym zasiada 40 osób, obok ubrana choinka. Życzenia składa  wszystkim Pani kierowniczka, my Jej. Żona Bolka, Mirka, obdarowuje Ją upominkiem. Nikt już nie pamięta zgrzytów, jakie miały miejsce po przyjeździe. Na stole 12 wigilijnych potraw, wszystkie b. ładnie podane. Jest barszczyk z uszkami, są krokiety z kapustą i grzybami i, ku zdziwieniu większości, są pierogi (na tyle osób!) i to wcale nie mało, a że pyszne, biorę dokładkę. Karp smażony, karp w galarecie, groch z kapustą, makiełki, kutia, kluseczki z makiem, śledzie, kompot z suszu, makowiec, sernik…Nie wiem, czy wszystko wymieniłam, bo nie dałam rady każdej potrawy spróbować, ale wszystko (i to nie tylko moja opinia) bardzo pyszne, takie domowe. Na stole leżą też opłatki, składamy sobie życzenia i to nie tylko w gronie tych, których dobrze znamy.
Po kolacji zostajemy w świetlicy dłużej, włączamy płyty z kolędami, sami też śpiewamy. Jest bardzo miło. Niektórzy wybierają się na Pasterkę.

Pierwszy dzień świąt i świąteczne śniadanie, po którym wskakujemy w sportowe ciuchy i wyruszamy, znowu pięcioosobową grupą, do wyciągu, żeby wjechać na Małą Kopę. Ludzi dużo, spora kolejka po bilety, ale na szczęście nie stoimy dłużej jak 20 minut.
Jedziemy około 30 minut i czym wyżej tym bardziej biało, no w końcu to 1637m n.p.m. Zima nie chciała przyjść do nas, to my przyszliśmy do niej. Mijamy ośnieżone choinki, pod nami coraz więcej narciarzy i snowboardzistów, a na górze prawdziwa zima, minus 7 stopni i b. dużo śniegu. Jest naprawdę pieknie. Na chwilę pokazuje nam się schronisko na Śnieżce, żeby się zaraz schować we mgle. Do Domu Śląskiego docieramy po omacku, bo widoczność nie najlepsza. Z zadowoleniem stwierdzam, że sporo ludzi wybrało tę formę spędzenia świąt, co my. W schronisku wypijamy gorącą herbatę, koleżanka zadbała o jej wzmocnienie i pomału wracamy. Mój mąż rozczarowany, bo chciał wejść na Śnieżkę, albo pójść do Samotni. Ale ja zimą nie jestem taka odważna, w końcu drugi stopień zagrożenia lawinowego to nie przelewki. Zostawiamy te trasy na inną porę roku.
Po powrocie do Kosówki czeka na nas obiadokolacja z nadziewanym, b. smacznym indykiem i kolejnym ciastem (do każdego posiłku inne). Nie, te kalorie trzeba spalić, więc wybieramy się na wieczorny spacer ul. Młyńską, cały czas pod górę. Oglądamy po drodze świąteczne dekoracje, ładne, ale nie ma porównania z tymi, co widzieliśmy kiedyś w malowniczej Krynicy, na południu Polski. Rozmawiamy też z córkami: „Co robicie?”, „Świętujemy, siedzimy przy stole”. Pewnie też jeszcze byśmy w domu siedzieli przy stole.

W drugi dzień świąt wybieramy się do naszej koleżanki ( MM-kowiczki elaj.52), która jest z rodziną w hotelu Gołębiewski (pobyt tam to prezent od synów). I znowu pniemy się w górę, uff, ciężko, ale to miłe zmęczenie, gdy pokonuje się własne słabości.
Docieramy do Gołębiewskiego i…wkraczamy w wielki świat. Hotel olbrzymi, wystrój bogaty, piękny, tłumy ludzi. Jedni wyjeżdżają, inni przyjeżdżają, dzieci w różnym wieku, psy różnej rasy. Chodzimy, zwiedzamy, fotografujemy, filmujemy. Na zewnątrz śnieg, a w basenie, w gorącej wodzie pełno ludzi. Fajny widok.
Koleżanka zaprasza nas do pokoju. Zachłystujemy się jego widokiem, planujemy, może na rocznicę ślubu tutaj przyjedziemy? Niestety, przeliczając stwierdzamy, że za cztery doby tutaj, mamy 12 dni wczasów w Hiszpanii, więc chyba nie przyjedziemy. Ale na wszelki wypadek zabieramy folder z cennikiem. Pijemy grzane piwo (tańsze od herbaty). Próbujemy baton TAGO, jeden z produktów Tadeusza Gołębiewskiego, właściciela hotelu. Każdy, kto tutaj przyjeżdża dostaje kosz ze słodyczami TAGO.
Okazuje się, że spędzało tam święta 2400 osób i to głównie Polacy. Cieszy mnie fakt, że są Polacy, których na Gołębiewskiego stać, ale martwi, że ciągle są w zdecydowanej mniejszości.
Wracamy do naszej skromnej Kosówki i pocieszamy się, że tutaj przytulniej, bo tam tłok niczym na Centralnym w Warszawie.
Kolejna pyszna obiadokolacja i świąteczne ciasto pozwalają zapomnieć o luksusie i przepychu Gołębiewskiego, gdzie jedna doba pobytu kosztuje więcej niż nasze pięciodniowe wczasy. A spotkanie przy kawie i cieście w gronie przyjaciół i miłych znajomych dopełnia, że spędzamy kolejny miły dzień w górskim ośrodku.

Rano, piątego dnia pobytu, już tylko śniadanie i wyjazd do domu. Żegnamy się z Panią kierowniczką, która w  okazała się całkiem miłą i życzliwą nam osobą, dziękujemy paniom z kuchni, bo naprawdę jest za co i obiecujemy sobie świąteczny wyjazd powtórzyć.

Czy żałuję, że nie spędziłam świąt w domu? Na pewno nie. Oczywiście chciałabym, żeby pojechały z nami też dzieci i wnuki. Może kiedyś wybierzemy się wszyscy razem.

    

Zdjęcia

  • Przy schronisku "Nad Łomniczką"
  • Przy wigilijnym stole
  • I jak nie kochać zimy za takie widoki?
  • Hotel Gołębiewski
  • Przy Gołębiewskim
Bogusia
Autor:Bogusiagg: GG6410658

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
barszczewska
barszczewska czw., 2011-12-29 19:56

fajna relacja

ja pierwsze święta po ślubie spędziłam z mężem w Świeradowie na wczasach FWP i wtedy powiedzieliśmy sobie nigdy więcej, ale teraz myślę, że jednak czasy się zmieniły i coraz więcej ludzi wyjeżdża na święta, to taki fajny ukłon dla kobiety partnerki

barbara
Lucyna
Lucyna czw., 2011-12-29 20:30

Raz w życiu dałam się namówić

Raz w życiu dałam się namówić na wczasy świąteczne i bardzo żałowałam. Ludzie zbierali się w pokojach by pobyć razem, zastawiano stoły tym co kto miał a ja tęskniłam za domem. Nie wyobrażam sobie takich świąt jak ma się dzieci. Może jak zostaniemy sami... ale czy wtedy będzie mi się chciało gdzieś jechać , już teraz miewam przed podróżą  tzw. "Reisefieber".
No ale każdy spędza święta tak jak lubi i o to chodzi .

Lucyna
Bogusia
Bogusia czw., 2011-12-29 21:19

Też sobie nie wyobrażałam, gdy

@Lucyna:

dzieci nie miały swoich rodzin i były ze mną. Nigdy bym wówczas bez nich nie wyjechała. Teraz sobie już wyobrażam, a ponieważ jesteśmy wszyscy w Zielonej Górze i mamy siebie na codzień, taki wyjazd nie jest straszny. Poza tym córki zawsze ciągną bardziej do mamy podczas świąt, a ich teściom też się coś należy, więc mogli się synami, synowymi i wnukami nacieszyć Trochę sobie żartuję, bo zawsze wszyscy byli brani pod uwagę. Myślę, że do wszystkiego trzeba dojrzeć i nigdy nie możemy mówić NIGDY, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy to, co dzisiaj nam odpowiada, będzie też odpowiadało za lat kilka.
Po tym wyjeździe świątecznym wiem, że mogę tak zawsze. Tylko będę namawiała na to też moich najbliższych.

B.H.-D.
swierszczyk
swierszczyk pt., 2012-01-06 21:32

Groch za kapustą, makiełki,...

niby "wypas niewielki",..
ale jest to coś,...
śnieżne,...
mażenne,...
nawet take nijakie,..
ale "górowatie" 
bo góry ,..
och góry,...
te dla świerszczyka mury,...
mają to do siebie,...
że góry jak w niebie,...
makiełki i kapusta,...
to "wieczerza pusta",...
jeśli po wieczerzy,...
biel gór się nie należy,..
cóż ma wieczerza,.. 
do ego co jest w górach,...
choćby bez zwierza,...
a ten niepokorny zwierz,...
jest koło nas,...
to mąż lub żona,....
ech któż pokona,...
naturę,...
gdzie misie bure,... 
gdzie orły,...
a tu obok,
(mąż pokorny )
co mu do nich,...???!!!!
trudno,...
niechaj będzie i on  i znajomi,...
pójdziemy, niemi,....
 a góry i tak górami zostaną z natury,....

Bogusia
Bogusia pt., 2012-01-06 21:42

Świerszczyku

Aleś mi tu naplątał w tej rymowance. Ale miło widzieć Twoje "świerszczykowanie" pod swoimi tekstami. Wszystko jest, góry, wieczerza wigilijna, zwierzęta, natura i mąż pokorny (to mi się podoba!). Dziękuję i pozdrawiam.

B.H.-D.