Zielonogórski Punkt Widzenia - Komiwojażer
Na obniżenie mojej wydajności pracy w znacznej mierze wpłynął upał. W nocy się jednak ochłodziło, a dziś spadł deszcz. Znów jestem w formie. Mam nadzieję, że Wy też. Dziennikarz zawsze musi być w formie, tak psychicznej jak i fizycznej, bo nasz zawód do łatwych nie należy. Choć czasami spotykam się z opinią, że pismaki to lenie. No, bo co może być trudnego w napisaniu artykułu? Wystarczy z kimś porozmawiać i przelać to na papier. Jaki to problem? W tym miejscu włączam autocenzurę.
Przekaz jest prosty, oddaje go cytat z mojego kolegi Lucka, z którym chodziłem do szkoły średniej: nie ma lekko stary. Nie ciągnijcie mnie proszę za język. Milczenie jest złotem. Taką maksymą kierują się niektórzy zielonogórzanie, którzy na widok dziennikarza uciekają gdzie pieprz rośnie.
Niedawno zwierzchniczka poleciła mi przepytać mieszkańców miasta w pewnej sprawie. Podjąłem się tego zadania z radością, bo bardzo lubię kontakt z ludźmi, w szczególności z Naszymi Czytelnikami. Wszak gazetę tworzymy dla Was. Tego dnia było bardzo gorąco. Byłem już zmęczony tzw. słodkim lenistwem w redakcji. Mimo to do sondy ulicznej przystąpiłem z dużym zapasem energii. Parę minut i będzie po sprawie - pomyślałem.
Tymczasem napotkałem na duży opór materii. Podszedłem do z wyglądu bardzo sympatycznej pani w nieokreślonym wieku. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Miałem nieodparte wrażenie, że zastanawia się, czy wcisnę jej ulotkę reklamową z propozycją skorzystania z kredytu konsolidacyjnego. Zapewniłem sympatyczną panią, że nie jestem przedstawicielem żadnej szacownej instytucji finansowej, tylko zwykłym, skromnym dziennikarzem. Po kilku minutach próśb i wyjaśnień usłyszałem odpowiedź na moje pytanie. Lakoniczną i zdawkową, bo pani spieszyła się na autobus. Niezrażony zagaiłem starszego pana, który na wieść o tym, że reprezentuję gazetę, machnął ręką z trudem skrywaną irytacją, odwrócił się na pięcie i tyle go widziałem.
Trzy kolejne osoby stwierdziły, że nie mają czasu. Dwie następne porozmawiały ze mną chętnie, nie szczędząc jednak cierpkich i złośliwych uwag na temat profesji, którą wykonuję. Potem było znacznie lepiej. Zadowolony przysiadłem się do starszej pani. Nie zauważyłem, że jest z obstawą. Wysoki, barczysty, groźnie wyglądający mężczyzna rozkazał mi tonem nieznoszącym sprzeciwu abym wyp... z tej ławki.
Poprosiłem jegomościa, aby był tak miły i przestał na mnie krzyczeć. Wytłumaczyłem, że jestem dziennikarzem. Ten rozsierdził się jeszcze bardziej. Dowiedziałem się, że jestem bezczelny, bo nie potrafię uszanować tego, że on pragnie nacieszyć się obecnością matki, której dawno nie widział. Zrobiło mi się wstyd, bo przecież każdy szanujący się żurnalista powinien być dobrze poinformowany. Ba, to jego święty obowiązek. Zawaliłem na całej linii. Jak mogłem nie wiedzieć, że barczysty mężczyzna tęskni za swoją matką. Mam kiepskie źródła informacji, bo nie doniosły mi, że takie spotkania rodzinne odbywają się tylko dwa razy w roku. Mogłem tylko przeprosić. Sonda była gotowa, ale straciłem humor.
Uświadomiłem sobie, bowiem, że rzadko jestem dziennikarzem, którego zadaniem jest dobrze informować czytelnika, o wiele częściej komiwojażerem. Inni sprzedają: garnki, dywany, jajka, ideologie lub religie, ja informacje. Na tym rynku obowiązują prawa dżungli i duża nieufność wobec tych, którzy chcą coś ugrać dla siebie. A każdy chce. Tylko, że ja tego dnia pytałem Czytelników czy cieszą, się, że będą mogli otrzymać GL za darmo w autobusie. W pierwszej chwili wydawało im się, że sprzedaję im dobrą nowinę. Ale wygląda na to, że potraktowali moje starania jak nachalny zabieg marketingowy. Dla nich nie byłem reprezentantem czwartej władzy a przedstawicielem handlowym.
Tak, pismaki to mają klawo, jak cholera, jak mawiał Egon Olsen.
Rafał Krzymiński



























Kontakt:
Wcale mnie to nie dziwi
Bardzo często, niestety, spotykamy się z brakiem zaufania do drugiego człowieka
i niechęcią. Nie wierzymy w dobre intencje, życzliwość. Dlaczego ?
Coś o tym wiemy... :(
Wraz z Maciejem postanowiliśmy podczas ubiegłorocznego Winobrania przeprowadzić sondę. Ja ubrałem się w ładną marynarkę. I okazało się, że moim "Dzień Dobry" i 3 słowach ludzie albo machali ręką i odchodzili, albo mówili (dość opryskliwie) że nie chcą i ich to nie interesuje.
Zmieniłem strategię. Podchodząc do ludzi najpierw mówiłem że jestem z GL i że przeprowadzam sondę. Opłaciło się o tyle, że teraz machało ręką i odchodziło o połowę mniej ludzi.
Wniosek? Do sondy ulicznej:
- nie ubierać się zbyt gustownie;
- nie przedstawiać się;
- mówić wielkimi literami GAZETA LUBUSKA;
- nie wyjaśniać o co chodzi, bo ludzie natychmiast wietrzą podstęp.
Spostrzeżenia:
- ludzie są nieufni;
- ludzie podejrzewają, że każdy, kto ich zaczepia na ulicy, chce im coś sprzedać;
- Trzeba ludzi zagadać (ale krótko), by nie zdążyli pomyśleć, że chcemy im coś sprzedać...
Gdybym napisał, że nie mam kłopotów w nawiązywaniu
rozmów z przechodniami to rozwiązał by się worek domysłów. Ale czy to w cywilu czy w moim szambelańskim uniformie ludzie chętnie ze mną rozmawiają głównie o mieście, jego historii i sposobie zarządzania.
Chętnie był dokonał napisania większego artykułu o tematach w jakich ja jestem indagowany ale czy mnie nie posądzą o autopromocję?
TRZYMAJMY PION BO POZIOM CIĄGLE NAM ROŚNIE
A Bogusi opinia o zaufaniu jest smutna ale prawdziwa. Widać do mnie mają.
dlaczego?
Dlaczego na mnie nigdy nie wpadnie żaden ankieter ni dziennikarz? chętnie bym udzieliła wyczerpującej i dokładnej odpowiedzi, nakreśliła tło, wskazała przyczyny, skutki i opisała malowniczo :)
Rafał, Rafał!
@baronowa:Masz respondentkę! ;)
Respondentka
@Marek Pakoński:Masz rację Marek baronowa wydaje się być respondentką idealną:)