Wybudowaliśmy wieżę. Wieżę „na strunach szyn”....
Uczniowie, absolwenci i nauczyciele Publicznego Gimnazjum nr 1 w Świebodzinie- wykonawcy i twórcy spektaklu muzycznego "Na strunach szyn"
Co się może stać, gdy matematyk, polonista i plastyk ze wsparciem germanistki i grupą młodzieży gimnazjalno- licealnej zamarzą o wystawieniu musicalu? Może się to skończyć kompletną klapą, na którą lepiej spuścić zasłonę milczenia, lub...wielką przygodą zakończoną owacją na stojąco w wykonaniu kilkuset osób.
Kiedy rok temu na fali małego sukcesu, jakim był spektakl muzyczny „Spacer z piosenką francuską” wystawiony w Świebodzińskim Domu Kultury przez uczniów i nauczycieli Publicznego Gimnazjum nr 1 w Świebodzinie, postanowiliśmy porwać się na „Metro” Józefowicza i Stokłosy (tak, właśnie TO „Metro”), nikt nie spodziewał się takiego zakończenia. Ot, kolejny projekt, który skończy się karykaturalnie lub ugrzęźnie w szarej codzienności i wyłoży się na tysiącu przeszkód. Ewentualnie przybierze postać szkolnej akademii – z samej definicji nudnej i nie wartej uwagi. Chcąc podejść do sprawy rzetelnie , w sierpniu sporą grupą wybraliśmy się do Warszawy, do teatru Buffo żeby obejrzeć oryginał. Po spektaklu spędziliśmy długie godziny, planując, spierając się, snując plany i wizje.
Pierwsze próby, pierwsze wzruszenia- debiutujący „aktorsko” Piotr- bardziej perkusista, względnie wokalista ,niż aktor, okazał się tak prawdziwy, przekonujący, że mi, staremu wyjadaczowi, zakręciła się łza wzruszenia , gdy krzyczał w ostatniej scenie :”Wyjdź, wynoś się...”. Przy tym okazał się niezwykle otwartym, inteligentnym i nad podziw profesjonalnym chłopakiem, dla którego niemal żadna scena nie była problemem. Klaudia.... Klaudia została naszą „Anką”, zanim jeszcze dowiedziała się,że istnieje musical „Metro”. Dopiero na próbie generalnej i na premierze naprawdę pokazała pełnię swoich możliwości i umiejętności. I to tak, że zapamiętali i pokochali ją wszyscy. Ja sama do dziś nie mogę oderwać od niej wzroku, gdy po raz kolejny oglądam nagranie. Gdy błąka się , zagubiona po stacji metra, gdy zawsze jest sama w tłumie, gdy w końcu schodzi ze schodów w białej sukni i zupełnie dorosłych, złotych szpilach, nikt nie powiedziałby,że jest młodą, pozbawioną doświadczenia amatorką. Inni...Kacper, który długo walczył ze wszystkim i ze wszystkimi- z koniecznością powtarzania kilkanaście razy tych samych scen w swoim wolnym czasie, ze złośliwościami, docinkami i strofowaniem, z samym sobą. Kacper, który nieoczekiwanie i, zaskakując wszystkich, zagrał fantastycznie. Ania, pracująca najciężej i wysłuchująca najwięcej uwag. Zawsze pogodna, solidna, przygotowana i otwarta. Może nie tak wyrazista, ale będąca jednym z fundamentów naszego zespołu już od 3 lat. Karolina- cudownie egzaltowana trzpiotka, śmiesząca nas już od pierwszej próby „księdzem Stefanem”. Drugi Kacper-najmniej doświadczony, najbardziej zagubiony , ale niezawodny i niezbędny. Paweł – do dziś nie wiem, czy bardziej cenię sobie jego wokal,czy charyzmę i zdolności przywódcze. Chłopak, którego obecność za kulisami dawała nam poczucie, że wszystko jest dopilnowane, a nasza obecność wywoła tylko niepotrzebne zamieszanie. Ewcia- najmłodsza z grupy, żywiołowa „chłopczyca”, gadatliwa, krnąbrna...na naszych oczach stała się artystką, gdy w eleganckiej sukni i na obcasach, w pełni świadoma i piękna śpiewała „ Tylko w moich snach”. I to tak, że łzy same płynęły. Wiktoria- dziewczyna, zagadka. Zawsze małomówna, cicha, niepozorna. Jak lalka lub śpiąca królewna niewzruszenie czekająca na swoje wyjście na scenę. A jak już wychodziła....wszystko inne przestawało się liczyć. Michał i Emilka- czwarty rok wspólnej pracy, której nie przeszkodził fakt, że skończyli gimnazjum i rozpoczęli naukę w liceum. Zawsze przygotowani, odpowiedzialni, profesjonalni. Wsparli nas tam, gdzie gimnazjaliści by sobie nie poradzili- w dorosłych, kontrowersyjnych rolach -choreografa Maksa i reżysera. Karolina- świetna, dojrzała tancerka. Solistka i autorka swojej choreografii, wspierająca nas też wokalnie. Trudna i niepokorna – jak większość z nas. Trzy tancerki – hip-hopowe dziewczyny, które ktoś ubrał w tiule i kryzy, kazał „trzymać ramę” i obciągać palce. Do ostatniej chwili nieprzekonane i nadąsane. A jednak na próbie generalne, w garderobie i na premierze- absolutnie cudne, ciągnące wzrok i nadrabiające braki w „klasycznym”tańcu osobowością i urokiem osobistym. No i Kinga - jedyna niezastapiona, z klasą wzięła na siebie najtrudniejsze zadania wokalne ( "Życie", :Litanię", "Koło fortuny" , "Bluzwisa, wokalizę w "Uciekali" ) i stworzyła świetną kreację aktorską, zmieniając jak kameleon kostiumy, nastroje i style. Monika- na co dzień germanistka w świebodzińskich gimnazjach, nasz debiut roku. Dla naszych uczniów-zaskoczenie. Jak to, to panie od niemieckiego też śpiewają? I to ładnie? No i my – połączeni pasja, chęcią wyjścia poza szablony, marzeniami. Ela- plastyczka, nauczycielka, świetna malarka, na nasz użytek stała się scenografem( to ona wymyśliła dwupoziomową scenę i lustra, stworzyła logo, zaprojektowała plakat )i twórcą kostiumów- nie dość, że je zaprojektowała, to jeszcze przy pomocy mamy-doświadczonej i kreatywnej krawcowej- uszyła. Tomek- z wykształcenia matematyk. Z zamiłowania ( i talentu) muzyk, wokalista i choreograf. Tytan pracy i obrzydliwy perfekcjonista, nie pozwalający na przymykanie oczu na nic. I ja- domorosły, samozwańczy instruktor teatralny i scenarzysta oraz odtwórczyni epizodycznych ról. Pracowaliśmy razem prawie rok nad stworzeniem spektaklu „Na strunach szyn”. Przegadaliśmy długie godziny. Jeszcze więcej czasu spędziliśmy na próbach. Pół ferii, rekolekcje, czas po egzaminach, soboty, popołudnia. Za plecami pukano się w głowę: „praca po godzinach? W dni wolne? Za darmo? Po co?”. To samo słyszały od niektórych rówieśników nasze dzieciaki. Tak tworzył się zespół- nie bez sprzeczek, chwil słabości, zwątpienia.
Gdzieś wiosną zdaliśmy sobie sprawę, na co tak naprawdę się porwaliśmy. I do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy,czego się spodziewać. ŚDK obiecał nam scenę, ale dopiero kilka dni przed premierą. Z braku miejsca ćwiczyliśmy na schodach i korytarzach, cały czas nie umiejąc sobie wyobrazić naszej wymarzonej, dwupoziomowej sceny ze schodami i lustrami. Kiedy ją zobaczyliśmy, uwierzyliśmy, że może być dobrze. I było- mimo przeciwności, nieporozumień i drobnych upierdliwości. Już na próbach zdaliśmy sobie sprawę, że to jest TO. To, na co pracowaliśmy, do czego dążyliśmy. Nie tylko do nas, dorosłych, to dotarło. Wtedy narodził się ZESPÓŁ. Wyrósł ze wspólnej garderoby, z wzajemnego zapinania sobie zamków i sznurowania sukienek, upinania włosów, dzielenia się wsuwkami, szminkami i lakierami. Kiedy przebieraliśmy się i malowaliśmy ramię w ramię- my, nauczyciele, oni- uczniowie ,oni- absolwenci.
Od początku naszej działalności „artystycznej” założyliśmy sobie,że pracujemy wszyscy- my i dzieciaki. I wszyscy występujemy na scenie. Wymyślając taką koncepcję, nie miałam pojęcia ,jaki bat na siebie kręcę. Bo oto my, szefowie, mentorzy, reżyserzy, instruktorzy- przebieramy się w kostiumy i wychodzimy na scenę. I przestajemy być doskonali. Bo nam też nie wychodzi. Mylimy się, zapominamy tekstu. Jesteśmy niepewni i na wpółzżarci przez tremę. Najtrudniej wystąpić przed „naszymi”. Od nich wymagamy, ich „musztrujemy”, pouczamy...a nagle okazuje się, że tak naprawdę jesteśmy tacy sami. I paradoksalnie- zamiast spadać, nasz autorytet rośnie. No bo w końcu- nam wreszcie wychodzi, coś potrafimy, nie jesteśmy tylko od pouczania i łajania. Stajemy obok na jednej scenie gotowi dzielić nie tylko sukces, ale i porażkę. To chyba najfajniejsze moje doświadczenie, choć najbardziej stresujące. Po 10 latach pracy wyszłam z konwencji „uczącego” i sama zaczęłam się uczyć.
Kiedy mówię , że pracuję z gimnazjum, widzę szeroko otwarte oczy, słyszę wyrazy współczucia. Bo to taki straszny wiek,straszna młodzież, straszne czasy...a czy bardzo ciężko...biedna. Kiedy przyznaję się,że jestem nauczycielem, mam wrażenie, ze ludzie nie wiedzą, czy współczuć, czy splunąć. Kiedy mówię, że lubię swoją pracę, że się realizuję,że spełniam swoje marzenia, niektórzy patrzą na mnie jak na nieszkodliwą, nawiedzoną wariatkę. Ale są też tacy, którzy mnie dopingują, wspierają. Mój osobisty syn udaje zdystansowanego, ale dopytuje się, kiedy następny spektakl i chce znać wszystkie szczegóły. Uczy się, że w życiu trzeba mieć pasję.
I tak, poganiając się i potykając, wierząc i tracąc wiarę, dobrnęliśmy do 18 maja, dnia premiery. Uczciwie przyznaję, nie spałam kilka nocy i umierałam ze stresu, mimo iż próby napawały optymizmem. Bałam się, jak wszyscy, że coś nie wyjdzie, że nie będzie publiczności, że będzie długo, nudno...Ten stres zniknął wraz z początkiem spektaklu, gdy zobaczyłam pełną salę i usłyszałam dźwięki „Uwertury”, a zaraz potem „Metra” w fantastycznym wykonaniu Pawła. Potem wszystko zgodnie z planem- pomoc przy przebieraniu się, czesaniu, makijażu, pilnowanie mikrofonów, zerkanie zza kulis i podśpiewywanie ulubionych numerów, skreślanie kolejnych scena na scenariuszu przyklejony do ściany, podawanie rekwizytów, wyjście na 20 sekundową rolę życia. I koniec. Owacja na stojąco, kwiaty, wzruszenia....Radość w oczach, czasem łzy. Świadomość, że zrobiliśmy coś fajnego. Razem. Wybudowaliśmy swoją wieżę. Spełniliśmy marzenia.
Większość zespołu doświadczyła tego pierwszy raz. Chyba do końca nie wierzyli, jeszcze nie rozumieli. Być może to ich jedyne takie doświadczenie, być może jedno z wielu. Trudno wyrokować. Wszyscy kariery nie zrobią. Ale otrzymali coś bezcennego- moment niezwykły, który pomoże im znieść inne, trudniejsze chwile. Daliśmy im i sobie wspomnienie, które będzie „niosło”jeszcze długo, które będzie naszą bronią przeciwko szarości, codzienności, podłości, nudzie.
Co się dzieje, gdy grupa ludzi, napędzanych wspólną pasją, miłością do muzyki, sceny, tańca porywa się na kultowy musical i oddaje temu szalonemu pomysłowi rok życia i ciężką pracę? Dzieje się coś ważnego, niezwykłego. Tworzą się więzi, przeżywa się przygodę życia. Przygodę zakończoną owacją na stojąco przy pełnej sali. I zupełnie nieistotne jest to, że nie jest to Sala Kongresowa w Warszawie albo gala oskarowa. Emocje są te same. Radość ta sama. Nie ma zbyt dużych marzeń. To ludzie są za mali. Przeżyjcie to z nami jeszcze raz- „Na strunach szyn” do obejrzenia 14 czerwca o 17.00 w sali widowiskowej Świebodzińskiego Domu Kultury.
więcej: http://www.okolicenajblizsze.pl/news.php?n=2775
http://www.dzienzadniem.pl/index.php?akcja=biezace&lista=11761&wydanie=484
zdjecia: Malwina Aurelia Atras ( Dziękuję!) i Elżbieta Szymańczuk




































Kontakt: