drukuj

Wspomnienia z pokładu Pogorii

bulaj z kajuty - normalny widok i kiedy wali fala, mówią, że pralka znowu pierze

Wspomina dr Janusz Tylewicz - autor tego tekstu...

 

35 lat temu, po I roku lekarskiego, złożyłem ofertę do „Bractwa Żelaznej Szekli", która poszukiwała stałej załogi na „POGORIĘ". Odpowiedź kpt. jacht. Adama Jassera z propozycją objęcia funkcji ochmistrza przechowuję do dziś.
Na jesieni 2011 kpt. Jasser popłynął w swój ostatni rejs „Pogorią" a ja w styczniu 2012 w swój pierwszy po latach. Tym samym domknąłem kolejną pętlę niezrealizowanych marzeń.
Organizator rejsu, tj. Sail Training Association zajmuje się upowszechnianiem żeglarstwa wśród młodzieży od 16 roku życia, ale dopuszcza też zapaleńców do 60 roku życia. Uff, zdążyłem się jeszcze załapać...

Lubuską grupą żeglarzy przewodził kpt.jacht. Mariusz Skrzypczak. Właściwie to był Pipson i jego kumple, ale okazało się, że wśród jego kumpli płynęli też moi kumple, znajomi i dzieci moich znajomych.

06.01.2012 piątek Świebodzin-Genua
trzech kierowców autobusu pokonało w 18 godzin. Kino-bambino leciało na autobusowym telewizorku do 23.oo, później zaległa cisza nocna.

07.01.2012 sobota, Autobusowy komfort był jak w bolidzie F-1, ale wszelkie niewygody wynagrodził nam o 12.30 widok Starego Portu w Genui i oczekującego jachtu. Przerzucenie prowiantu z autobusu do ładowni usprawniła metoda „wężykiem, wężykiem". Po zamustrowaniu, wiadomo, ALARM!!! Pierwszy po Bogu kpt. jacht. Janusz Kawęczyński „Geograf" to chodząca historia „Pogorii" od zarania. Oficerowie wbili nas w kapoki, wskazali miejsca zbiórki alarmowej w razie „W", zasady opuszczania statku (abandon ship), rzucania kół ratunkowych, tratw i wszystkich innych śmieci mających zdolność unoszenia się na wodzie. Widząc ich grupowy pokaz stwierdziliśmy, że stewardessy są jednak przystojniejsze...
Wykład z budowy jachtu, ilość masztów, rei, żagli, lin stałych i ruchomych wprawił nas w oniemienie. Pierwszacy jeszcze nawet we śnie mamrotali dziwaczne nazwy: marsel górny i dolny, bramsel, bombramsel, grotbombramsztaksel, grotbramsztaksel, gejtawa, gording, dirka, bras, wang. Załoga powtarzała do znudzenia nazwy wszystkich części składowych żaglowca, wspięła się po wantach na reje przygotowała się do zrzucania żagli i odbyła wędrówkę szlakiem wszystkich gaśnic w ramach ćwiczeń p-poż. Mając ciche przyzwolenie I oficera, pomaszerowałem zwiedzić miasto, w którym urodził się Kolumb. Wrażenie robi marina pełna luksusowych oceanicznych jachtów motorowych, żaglowiec-rekwizyt z filmu „Piraci" Polańskiego, portowe uliczki.

08.01.2012 niedziela Już po śniadaniu, przygotowanie do wyjścia z portu. Na rejach hasają ochotnicy. Przygotowali żagle do stawienia i reje do przebrasowania.W południe oddajemy cumy i szpringi, „Pogoria" wychodzi na silniku w morze. Kierunek –Sycylia .O 15.oo podchodzimy na odległość 2 kabli do Portofino. Zrobiło się romantycznie na pokładzie, bo Romek i Basia zanucili fragment piosenki „Miłość w Portofino" Sławy Przybylskiej.

Huśta nami coraz bardziej martwa fala wczorajszego sztormu o którym tyle słyszeliśmy.
Mimo, że nie zagraża, to jego skutki zaczynają pierwsi odczuwać w żołądkach. Służbę na pokładzie obejmuję od 24.oo. Psia mać... to przecież „psia wachta". Nad ranem przed końcem wachty wyłazi Pipson i rozkazuje rozwinąć żagle. Wiadomo, zaraz wchodzi nowa wachta. Okazało się, że zaczęli od zwijania żagle. No cóż, Oficer wie najlepiej...

09.01.2012 poniedziałek Kurs-port Olbia na Sardynii. Na śniadanie opeer od Pierwszego. Że za wolno, że brudny kubek w sterówce , że bez szelek i że w ogóle... Wracam spać a właściwie to pobujać się na koi od boku do boku.
Przeraźliwy dzwonek wwierca się w mózgownicę. Znowu sygnał alarmu. Statek tonie. Nie, nie tonie. To my nie potrafimy, zdaniem Starego, pojawić się na pokładzie w szelkach, które mylą się z kapokami. To był alarm na manewry. Żagle staw. Złażę na dół do kubryka. Znowu sygnał. Jezu, znowu alarm. Człowiek za burtą. Do cholery, co on robi za burtą?
Na szczęście Stary manewrując źle podchodzi do motorówki podbierającej „człowieka". Ja na pewno bym to lepiej zrobił. Oj. Lepiej niech On manewruje tą balią. Kapitan zapowiedział kolejne alarmy. Muszę być czujny i szybki. Do Olbii wchodzimy w południe. Od 16.oo wachty kambuzowa, trapowa i gospodarcza. Romek z ingrediencji, które zabrał z Polski piecze ciasto z kruszonką i piernik staropolski, aby ufetować gości z Olbii: polsko-włoskie małżeństwo. Ich dzieci buszują po pokładzie oprowadzane przez tłumaczącą na włoski Olę i Igę. Wieczorem wychodzę, żeby wysłać widokówki ostemplowane „mailed on the high seas". Zgodnie z marynarskim zwyczajem powinny dojść pocztą morską do Zielonej Góry ... bezpłatnie.

W centrum miasta dzieci ślizgają się na sztucznym lodowisku a na drzewie żółcą się niezerwane cytryny. Tak wygląda zima na Sardynii, a ja mogę powtórzyć za wieszczem, że „znam li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa" A wieczorem w pomieszczeniu zwanym klasą wszyscy śpiewają szanty. Dr Wojtek świetnie operował gitarą i głosem. I pomyśleć, że to psychiatra z Ciborza.

10.01.2012 wtorek Rano oczywiście afera. Wszyscy zaspali, nawet Stary. A ponadto stukot kopyt i dzikie rżenie obudziło strudzonym żeglarzy śpiących na górnych kojach w dziobowym kubryku. Ja od razu się zorientowałem, że w nocy galopował koń, o którym pisano 30 lat temu, że Prezes Radiokomitetu zwany „Krwawym Maciusiem" trzymał go w stajni na „Pogorii" a wyścigowy arab żarł owies ze złotego żłoba. Nocna afera a wywołała tyle wspomnień z zamierzchłych czasów. Opuszczamy Olbię. Kierunek Sycylia. Flauta trwa. Trochę na żaglach, trochę na silniku, po południu cumujemy w Bonifacio. Port położony w zatoczce ukrytej pomiędzy skałami, jak gdyby piracki. Pod saling wciągamy sycylijską banderkę. Głowa Maura, podobna profilem do korsarza z Korsyki, ma swoją wymowę.

Cała załoga schodzi na ląd po suchy i mokry prowiant. Niektórzy zwiedzają miejscowy cmentarz znany z rankingu „Travel Planet", gdzie trumny umieszczone są w grobowcach-kapliczkach, inni udali się po zaopatrzyć w liście laurowe i szałwię zrywaną „in statu nascendi" czyli prosto z krzaka. Miasteczko urokliwe, domy poprzyklejane do skały opadającej wprost do pirackiej zatoczki, u wejścia do portu olbrzymia jaskinia, do której można dopłynąć tylko z wody. Dziś jeszcze puste i senne, przygotowuje się na nadejście sezonu, trwa remont deptaka, nabrzeżne kawiarenki z kartką „Otwarte. Od 15 kwietnia 2012".

11.01.2012 środa Bonifacio już za nami. Po wyjściu z portu uderza świeża bryza. Alarm manewrowy. Żagle staw. Wreszcie płyniemy. Prawy hals, wiatr się wzmaga przez cały dzień, płyniemy z prędkością 5 węzłów. Buja coraz mocniej. Z boku na bok i z przodu na tył i w 10 różnych odmianach. Mam wachtę kambuzową i coraz mniej do obsługiwania przy stole, bo kolejni klienci już są przewieszeni na zawietrznej i karmią ryby spaghetti carbonara ala italiana

12.01.2012 czwartek  Na apelu kapitan mówi, co będzie jutro. Mówi, że jutro jest 13-go i piątek, a on jest przesądny. Na szczęście dzień mija spokojnie. Płyniemy na żaglach i na silniku. Wybijane dzwonem, co pół godziny szklanki, monotonnie odmierzają nam czas na statku. Wieje nudą.

13.01.2012 piątek godz.00.oo Psia wachta upłynęła przyjemnie, bo sterowałem od 24.oo do 02.oo. Wieje gdzieś w okolicy 6 stopni w skali Beaufort'a a nasza szybkość w porywach to 9 węzłów. Wreszcie idziemy tylko na żaglach. Później na „oko", trochę do mesy nawigacyjnej, żeby się ogrzać. Po wachcie próbowałem przysypiać co 3 minuty przewalany od prawej ściany na górnej koi i w lewo waląc w sztormdeskę. Nie wiem jak, ale dotrwałem do pobudki o 7.30. Zaklinowawszy się między w łazience między dwoma ściankami, zrobiłem toaletę i wziąłem codzienny prysznic. W nocy Ci co objęli wachtę po nas, mieli jeszcze większy wiatr, „Pogoria" dochodziła do 11 węzłów a przechyły po 35 stopni. Od 12.oo nawigacyjna, o odespaniu na razie nie ma mowy. Buja nieźle, wiatr zdycha, wspomaga nas silnik. Od 16.oo kambuz a później wachta gospodarcza, czyli generalne sprzątanie przed zejściem na ląd.

14.01.2012 sobota 08.oo wchodzimy do Livorno. Cumy rzuć. Po śniadaniu robimy porządek na pokładzie i pakujemy manele do worków żeglarskich. Wyjście na miasto. Oczywiście odwiedzam „Mercato Americano", gdzie można dostać rzeczy z amerykańskiego, niemieckiego i włoskiego wojskowego demobilu. Lubię te klimaty. Ostatnie zakupy w mieście.

Zbiórka na pokładzie o 15.00. Ostatnia odprawa i wręczenie książeczek żeglarskich z wpisem oraz opinii o dzielności na morzu. Nie mam się czego wstydzić. Ahoj przygodo. Wszyscy do autobusu. Kapitan zszedł z pokładu „Pogorii" ostatni.

„Geograf" od jutra znowu jest panem Januszem Kawęczyńskim. Ale chyba nie na długo...

Z dziennika marynarskiego wynotował: sternik jachtowy Janusz Tylewicz (na morzu „Jonasz Tylo" vel „Stary Doktor i Może").

Współpraca: Janusz Tylewicz - autor artykułu

Zdjęcia

  • bulaj z kajuty - normalny widok i kiedy wali fala, mówią, że pralka znowu pierze
zmieniłam priorytety: ruch, fotografia, życie
barszczewska
Autor:barszczewska

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
barszczewska
barszczewska pon., 2012-02-06 20:32

to był wspaniały

rejs. Już kombinuję, kiedy na następny

barbara
Bogusław_ZG
Bogusław_ZG pon., 2012-02-06 21:28

Oby nie zimą :(

@barszczewska:

Zimą raz sobie zafundowałem w 74-tym atrakcje na kutrze. Wystarczy do końca życia.
Łapki po targaniu sieci pół miesiąca się goiły :)))
Pozostał tylko niezmienny apetyt na dorsza z rybnej hali targowej. :)

Alicja Skowrońska
Alicja Skowrońska pon., 2012-02-06 21:49

Pewnie nie byłeś odpowiednio ubrany.

@Bogusław_ZG:

Na morzu też obowiązują przepisy BHP. A co, może nie?
A sól na dłoniach została?

Pozdrawiam
Bogusław_ZG
Bogusław_ZG wt., 2012-02-07 08:33

Spokojnie!

@Alicja Skowrońska:

W tamtych czasach szyper bardziej bał się inspektorów i WOPistów niż U-botów w czasie wojny.
:)

barszczewska
barszczewska pon., 2012-02-06 21:48

zimą

to na Śródziemne

barbara
Bogusia
Bogusia wt., 2012-02-07 19:17

Ktoś mi kiedyś powiedział

"Dziergaj wspomnienia. Na późne, stare lata, jak znalazł, żeby nie było smutno i nudno." No, to sobie sporo tym rejsem "nadziergałaś"...doktor Janusz Tylewicz też.

B.H.-D.