Wspomnienia, przemyślenia i refleksje działacza Solidarności, internowanego 13 grudnia 1981
Siedzimy w fotelach baru, którego p. Zbigniew Mrowiec jest właścicielem, pytam mojego rozmówcę o 13 grudnia 1981 i włączam dyktafon.
- W roku 1981 byłem bardzo młodym człowiekiem i byłem w składzie jedenastoosobowego Prezydium Regionalnego Zarządu Solidarności. 12 grudnia byliśmy właśnie po ciężkim okresie strajkowym w naszym regionie (strajk w Lubogórze). To był przez nas niechciany strajk, myśmy go ugasili i wydawało się, że ten weekend to będzie chwila oddechu. Nasz przewodniczący pojechał na posiedzenie „krajówki", a pozostali, każdy na swój sposób, odpoczywał w domu. Na co dzień nie piliśmy, ale wówczas wielu z nas wypiło, bo uważaliśmy, że będzie to spokojny weekend.
Formalnie moje internowanie nastąpiło po północy, czyli 13 grudnia, ale wyciągnięto mnie z domu już 12 grudnia.
Miałem gości, gdy przyszło po mnie dwóch facetów, jeden to dzielnicowy, a drugi to jakiś kapitan po cywilnemu, z Wrocławia. Wmawiano mi, że jakiś Czechosłowak przewoził broń i ja, jako szef interwencji, mam w tej sprawie udzielić informacji. Szukali pretekstu. Żona nie chciała mnie samego puścić, powiedziała, że jedzie ze mną, ja chciałem, żeby przyjechali rano, jak dowiedzą się o co dokładnie chodzi. W końcu pojechaliśmy oboje na milicję prywatnym Zaporożcem, którym po mnie przyjechali, a którego po drodze, w tym wielkim śniegu, mało nie rozbili.
Znaleźliśmy się na Komendzie Wojewódzkiej Milicji. Stał tam na trójnogu karabin maszynowy, a wchodząc usłyszałem: "ekstramenty Solidarności", chodziło oczywiście o „ekstremę Solidarności", jak wtedy nazywano jej działaczy.
Poczułem, że coś się niedobrego dzieje, cała komenda rozświetlona, duży ruch, zauważyłem, że milicja też nie jest zorientowana. Dostali rozkazy, doprowadzić, ale co dalej? Poczęstowali mnie herbatą, ale do toalety milicjant szedł razem ze mną. Nie rozumiałem dlaczego. Ja, będąc jeszcze podchmielony, czułem potrzebę działań wyjaśniających. Zacząłem robić wykład panom milicjantom o niewłaściwym postępowaniu, o działaniu przeciwko własnemu społeczeństwu.
Gdy już otrzymali meldunek o wprowadzeniu stanu wojennego, widziałem, że milicjanci i nasi miejscowi esbecy byli zdenerwowani. Obserwowałem, jak starszy stopniem oficer kilkakrotnie podchodził do szafy, brał i zakładał pas z pistoletem, potem go zdejmował i odkładał, żeby za chwilę znowu założyć. Moim zdaniem, to świadczyło o tym, że sami nie wiedzieli, co ich czeka.
W końcu kazali odwieźć gazikiem moją żonę do domu, a mnie do „kazamatów", do piwnic. Tam mają w podziemiach takie cele. Gdy mnie wyprowadzano, usłyszałem głosy kolegów- działaczy Solidarności i już wiedziałem, że nie jestem tu sam. Nikt mnie oczywiście nie poinformował o stanie wojennym, o tym, co się dzieje. Pojęcie stanu wojennego w naszej świadomości nie istniało. Albo stan wyjątkowy, albo wojna. Celowo Jaruzelski nazwał to stanem wojennym, żeby zastraszyć ludzi, żeby się ludziom kojarzyło z wojną.
Nad ranem 13 grudnia zaczęto nas wywoływać z cel i wręczać akt internowania, gdzie było napisane, że z powodu, iż będę nawoływał do niepokojów społecznych...
To był szczyt głupoty naszej milicji i esbecji, bo żaden sąd na świecie nie zatrzymuje za to, że ktoś „będzie". Potem się zorientowano i chciano nam to sformułowanie zamienić. Poza tym już wiedziano, że nie będzie działań siłowych, więc, żeby to było zgodne z prawem, zalegalizowane.
Ja ze zdziwieniem stwierdzam, że komuna sama popełniając bezprawie, starała się prawo przestrzegać.
Z celi na Wojewódzkiej Komendzie Milicji przewieziono mnie i innych moich kolegów do Aresztu Śledczego przy ul. Łużyckiej, a gdzieś po trzech tygodniach do Głogowa, nic nie mówiąc rodzinom. Żona mogła przynieść mi paczkę na milicję, ale gdzie jestem, długo nie wiedziała.
Usiłowano nas poddać normalnej procedurze więziennej, na co my się nie godziliśmy, nie przyjmując m. in. więziennych ubrań. Trafiłem do celi czteroosobowej z panami, których nie znałem. Najwyższe piętro naszego Aresztu Śledczego było obozem internowania i pamiętam, że było tam potwornie zimno.
W Głogowie nie było już takiego więziennego reżimu, mieszkaliśmy w dwóch barakach i w obrębie tych baraków mogliśmy się poruszać. Bo tutaj, w Zielonej Górze, to nas długo nawet na spacery nie wyprowadzali. A jak wreszcie wyprowadzili, to dojrzała mnie żona, bo mieszkaliśmy w wieżowcu, z którego było widać więzienne podwórko. W ten sposób dowiedziała się gdzie ja jestem.
Proszę p. Z. Mrowca, żeby powiedział o swoich odczuciach, jakie mu towarzyszyły, czy bardzo się bał?
- Sam fakt bezprawnego zatrzymania był przykrym, ciężkim, szokującym wydarzeniem. Wszystko działo się szybko, stres na pewno był ogromny, niepewność, co ze mną będzie, ale czy strach? Tylko głupek się nie boi, ale ten strach nie był myślą nadrzędną. Wypchnąłem ze świadomości tę najgorszą ewentualność. Przede wszystkim pomyślałem: „A jednak stało się. Zdawałem sobie sprawę, że władza komunistyczna nam nie odpuści.
Był oczywiście żal, że to się wszystko załamało, że komuna znowu jest górą, ale było coś jeszcze. Widziałem, że niektórzy, którzy wykonywali różne przy nas czynności związane z internowaniem, byli jakby zawstydzeni, zażenowani, że to robią. Robili, co musieli, ale tak nie do końca. Co nie znaczy, że nie było też takich, których to cieszyło, bo byli. Myśmy też skutecznie klawiszom utrudniali wykonywanie obowiązków, dając do zrozumienia, że więźniów politycznych nie należy traktować na równi z kryminalnymi. Wygrywaliśmy te drobne potyczki. Niektórzy koledzy piszą dzisiaj o wręcz bohaterskich wówczas czynach, ale to bzdury. Uważam, że prześladowcy nie należy prowokować. Lepiej przeżyć, żeby potem móc kontynuować to, co się zaczęło.
Podświadomość mówiła mi, że nie będzie tak źle. W końcu Europa, świat, radio Wolna Europa, to nie był przecież rok 1939.
O rodzinę tak bardzo się nie bałem, bo wyraźnie się wyczuwało, że to chodzi tylko o nas, działaczy. Żona, wiedziałem, że sobie poradzi. Moja rodzina można rzec była zaprawiona w bojach, wojna, Powstanie Warszawskie, ruch oporu, Syberia, to wszystko już ją dotknęło i u mnie w domu się o tym mówiło. Od dziecka byłem karmiony tą prawdziwą historią, bez pomijania Katynia i innych niewygodnych dla ówczesnej władzy wątków. A to zobowiązywało i nic dziwnego, że tak, jak moi przodkowie angażowałem się do działań często niebezpiecznych.
Ponieważ mój rozmówca opowiadał bardzo ciekawie, poprosiłam, żeby opowiedział też swoje dalsze losy i co dzisiaj myśli o tym wszystkim, co działo się w latach 80. oraz teraz, czy o taką Polskę walczył? Oto, co usłyszałam.
- Po naszym internowaniu, lokalna Solidarność poszła w rozsypkę. Zielonogórski kościół bardzo późno się obudził. W Gorzowie wyglądało to dużo lepiej, niż w Zielonej Górze. Mojej żonie pomagała rodzina, zaopiekowali się też nasi przyjaciele, mieszkający w tym samym wieżowcu. Tzn. ja uważałem ich za przyjaciół. Proszę sobie wyobrazić, co przeżyłem, gdy kilka lat temu poprosiłem o moją esbecką teczkę i tam przeczytałem, że był to człowiek, który na mnie donosił. Strasznie to przeżyłem i myślę, że lepiej tych teczek nie czytać. Moją prawdziwą teczkę założyły w 1977 roku służby wojskowe, ale ona jest nie do osiągnięcia. Wojsko niczego nie udostępnia, nawet IPN nie ma do nich dostępu.
Jestem daleki od PISowskich wariactw czyli teorii spiskowych...i.t.d., ale jakaś kontynuacja tych służb specjalnych jest. Gdyby to ode mnie zależało wymieniłbym wszystkich i budował nową służbę policyjną.
Powiedzmy sobie szczerze, komuniści przygotowali się dobrze do oddania władzy. Zanim oddali władzę polityczną to przejęli władzę gospodarczą. Nie chcę nikogo urazić, ale wielu dzisiaj bogatych Polaków, przecież te pierwsze pieniądze nie wzięli znikąd.
Po wyjściu z internowania, wyjechaliśmy z żoną do Niemiec i tam żyłem, pracowałem do 2005 roku. Ale od roku 1989 już do Polski przyjeżdżaliśmy.
Jak oceniam Polskę teraz? Mamy to, o co walczyliśmy, ale jestem trochę rozczarowany wszystkimi kolejnymi rządami. Po prostu liczyłem na więcej. Mam pretensje do Premiera, bo jego reformy polegają przede wszystkim na zabieraniu pieniędzy. Ja, jako przedsiębiorca, 2 punkty procentowe składki emerytalnej „jestem w plecy", co się przełoży na kilkaset zł. miesięcznie. Na szczęście nasza gospodarka radzi sobie pomimo działań rządów. Ani Kaczyński, ani Tusk się na niej nie znają, a my robimy swoje i dzięki temu, nie jest źle.
Poza tym jest super, mamy kraj swoich marzeń, już dawno Polska nie była tak bezpiecznym kraje, dzięki pozycji, jaką sobie w Europie i świecie wypracowaliśmy.
Przy świadomości, że to się może nie udać, nam przyświecał w latach 80. cel, róbmy szybko, róbmy dużo, żeby pewnych rzeczy już się nie dało cofnąć, no i nie dało. Wydarzyło się tak wiele, ale niektóre rzeczy, moim zdaniem, są niedoceniane przez społeczeństwo. Może to jeszcze za krótko, ale nie ma żadnego całościowego, rzetelnego opracowania tego co się działo. Co cenne, że w Polakach przetrwała wiara, nie dali jej sobie stłamsić tak, jak zrobiono to w NRD i Czechach. To nie musi być wiara tylko katolicka, każda inna, prawosławna, protestancka, i Żydzi i Mahometanie to jest jakieś bogactwo, bo człowiek bez wiary jest ułomny. Mam żal do kleru, kościoła jako instytucji, bo mogliby być nowocześniejsi.
Co by Pan jeszcze, na zakończenie powiedział wszystkim MM-kowiczom, bo to oni będą ten wywiad z Panem czytali jako pierwsi.
- Jestem człowiekiem, który nienawidzi pesymizmu, narzekania.
Ten strach, cierpienie, ból, emigracja, rozłąka zaowocowały dzisiejszą wolnością, siłą państwa polskiego i wysokim poziomem życia. Im państwo bogatsze, tym bardziej możemy pomóc biedniejszym.
To co się u nas wydarzyło to była euforia, która przełożyła się na rozwój kultury, literatury, sztuki. Poczucie wolności wyzwala w ludziach wiele możliwości. Zniewolenie, pozwala myśleć tylko o przetrwaniu kolejnego dnia.
Uważam, że mam w moim kraju jeszcze coś do zrobienia, dlatego m.in. startowałem w ostatnich wyborach do Sejmu RP. Startowałem z listy PJN.
Na moją uwagę, czy na pewno chodzi o wysoki, nie tylko o wyższy poziom życia Polaków, mój rozmówca podkreślił, że tak, wysoki i kazał sobie przypomnieć puste półki, zdobywanie papieru toaletowego i innych niezbędnych do życia rzeczy, a o luksusowych w ogóle mowy nie było.
Wszystko, co tutaj przedstawiam, nie musi być zgodne, czy niezgodne z moimi przekonaniami, poglądami. Jest to zapis wypowiedzi, przemyśleń i refleksji p. Zbigniewa Mrowca.



Stan wojenny






















Kontakt:
Zachęcam MM-kowiczów
do podzielenia się wrażeniami, przeżyciami nie tylko z 13 grudnia 1981, ale w ogóle z okresu stanu wojennego.
Dzisiaj kolega mi opowiedział, jak to było z rozmowami kontrolowanymi. Miał przyjaciół o nazwiskach Rusek i Żołnierz. Dzwonią i mówią pozdrowienia od Rusków, a tu, trzask i rozmowa rozłączona. To samo było przy pozdrowieniach od Wojska (tak żartobliwie nazywali rodzinę o nazwisku żołnierz).
Przeczytałam ten artykuł aż
Przeczytałam ten artykuł aż dwa razy. Poruszanych jest wiele wątków. Myślę, że to dobrze.
Mam znajomych po obu stronach (barykady). Też różnie na to patrzą. Przecież wtedy była po prostu inna rzeczywistość, a przecież rozkaz to rozkaz. W mundurze się nie pracuje, w mundurze się służy i to
najlepiej przez 24 godziny na dobę. Wiem , że i tu i tam są dobrzy ludzie, bo dobrych ludzi poznaje się w biedzie. Jest takie dalekowschodnie powiedzenie" Nie bójcie się przyjaciół. którzy mogą nas zdradzić, ani wrogów , którzy mogą nas zabić. Bójmy się ludzi obojętnych, bo dzięki ich obojętności przyjaciel może nas zdradzić a wróg zabić"
Pozdrawiam i myślę, że Pan Mrowiec na swojej drodze nie spotkał takich właśnie ludzi.