Winobranie 2010: Podsumowania nadchodzi czas!
Niestety o efektach lepiej jak najszybciej zapomnieć. Ze świeczką szukać plusów, które można by postawić przy ocenie niedostatecznej. Władze po prostu oblały egzamin! Oto dowody.
Święto miasta na dobre jeszcze się nie rozpoczęło, a już powiało niesmakiem. Kilka dni przed przekazaniem klucza do bram Zielonej Góry, Kubicki zapowiedział, że nie zdąży na czas z remontem deptaka. Cudu nad Odrą się nie doczekaliśmy. Przez dziewięć dni wokół ratusza uczestnikom zabawy towarzyszył plac budowy. Co nie umknęło uwadze lokalnym mediom. Gazety, radio i telewizja bez trudu łapały gości z Bydgoszczy, Szczecina czy Wałbrzycha, którzy nie mogli się nadziwić. Dziury w bruku podczas przygotowanej od roku imprezy? Zielonogórzanom nie pozostało nic innego, jak posypać głowy popiołem w imieniu prezydenta i zarumienić się ze wstydu. Ciekawe tylko, czy winowajca też się zaczerwienił...?
Niestety, deptak przypominający szwajcarski ser, to tylko jedno z wielu niedociągnięć, jakich dopuściły się władze miasta podczas organizacji Winobrania 2010.
Szumnie zapowiadany informator okazał się zwyczajną broszurką, która w porównaniu z wydawnictwem z trzech poprzednich lat, wyglądała jak uboga siostra. Na pewno ci, którzy liczyli, że ulotka pomoże im w radowaniu się poszczególnymi imprezami, srogo się zawiedli. Zresztą cała strona komunikacji o święcie funkcjonowała gorzej niż źle. Zabrakło banerów wiszących nad ulicami, które witałyby gości przyjeżdżających z innych miast, plakatów z programem na całe dziewięć dni trwania imprezy czy dodatkowej informacji turystycznej przy ratuszu. Wspomniana wyżej ulotka wciąż nie dotarła na wiele osiedli, choć mamy dzień po imprezie. Może jeszcze dotrze w tym tygodniu? Pytanie tylko, po co.
Organizatorzy na całej linii polegli także przy okazji logistycznego planowania wydarzeń. Już samo ustawienie sceny głównej pozostawiało wiele do życzenia (a gdzie winobraniowe ozdoby sceny?). W ubiegłym roku miejsca dla widzów było o wiele więcej. Ci, którzy już pojawili się na koncertach – a warto wspomnieć, że z każdym dniem liczba zainteresowanych gwałtownie malała – narzekali na słabe nagłośnienie. Wielu w ogóle pozostało w domach, bo odstraszyła ich wyjątkowo uboga oferta programu artystycznego w dodatku przeznaczona tylko i wyłącznie dla młodzieży. Jeżeli „gwiazdy" kosztowały nas milion złotych, to... Szkoda gadać.
A szczególnie utyskiwali młodzi ludzie. Raz po raz z niecierpliwieni pytali: - A kiedy będzie RapGra? Niestety, nie doczekali się. Na jednym z portali społecznościowych aż wrze od niezadowolenia fanów tego typu muzyki. Podobnie, jak i na inne atrakcje, do których przyzwyczaili się w latach ubiegłych -przede wszystkim kolejnej edycji zawodów Strongman, które w ubiegłym roku okazały się największe w Polsce. Wyłoniły spośród amatorów 3 reprezentantów Polski, którzy wyjechali na mistrzostwa świata Amator Strongman podczas Arnold Schwarzenegger Sports Festival w USA.
O ile powyższe minusy można jeszcze jakoś przeżyć, o tyle pozostałe niedopatrzenia zakrawają na skandal. Po raz pierwszy od 150 lat (sic!) na wieży ratuszowej zabrakło wieńca z winnych pędów. Na al. Niepodległości znów wróciły ciuchy, majtki i inna tandeta. Miało być „wyjątkowo", a było tak, jak na giełdzie przy al. Zjednoczenia. Te same stragany, ten sam asortyment no i oczywiście identyczny syf. Dokuczliwy swąd spalenizny roznosił się tym razem po całym centrum. Ohyda!
Przed świętem Janusz Kubicki, dumny i napuszony niczym paw, zapowiadał, że miasteczko winiarskie w tym roku powali nas na kolana. Chyba sam wstydził się za swoje słowa, gdy przechadzał się między ubogimi stoiskami z winami. Szaro, buro i ponuro. A w dodatku smutno. Miało być tak pięknie, a w sumie wystawiły się raptem cztery winnice, które w godzinach popołudniowych były już zamknięte. Natomiast Domek Winiarza najczęściej stał pusty i służył jako pub dla miejscowych smakoszy tanich alkoholi. A wino? Chyba największy skandal tegorocznego święta. Dziennikarze „GL" sami byli świadkami, jak sprzedawcy wmawiali gościom, że jest nasze. A tym czasem pochodziło ono z Niemiec. Śmiechu warte!
Nie wspomnę już o małych, aczkolwiek niebezpiecznych niedociągnięciach, które na całe szczęście nie doprowadziły do jakiegoś nieszczęścia. Mam tu na myśli:
- niezabezpieczone przewody elektryczne i kable wysokiego napięcia leżące na płytach deptaku, po których chodzili piesi (na wszystkich jarmarkach takie kable prowadzone są górą)
- otwarte skrzynki elektryczne, które stwarzały zagrożenia dla dzieci
- zniszczony kwietnik przed Filharmonią (zabezpieczone zostały inne skwery - czemu nie ten?- widziałem jak dzień przed winobraniem ciężko pracowali tam ludzie żeby skwer był zadbany).
Minie dzień, tydzień, miesiąc i zapomnimy o wszystkich niedociągnięciach. Nie zapomnimy natomiast o pieniądzach, których w mieście wciąż brakuje – choćby na przedszkola. W ubiegłym roku miasto wydało na organizację święta 500 tys. zł – resztę miał wygospodarować sam organizator. W tym roku realizacja Winobrania pochłonie z budżetu miasta kilkukrotnie większe pieniądze. Sam korowód, który pomimo wielu błędów organizacyjnych mógł się podobać, kosztował kilkaset tysięcy złotych.
W poniedziałek wielu urzędników odetchnie z ulgą. Zasiądą za biurkami i zamiast bawić się w agencję impresaryjno-koncertową zajmą się w końcu sprawami, za które dostają co miesiąc wypłaty.






























Kontakt:
Widać, że autor obeznany w realiach
ale trudno się nie zgodzić z argumentami.
Ja też nie dostałem informatora, nie podobał mi się program muzyczny, bo go właściwie nie było - zero koncertów dla starszych.
Na plusy nowy wystrój centrum i pomysł na korowód - tylko słyszałem, że strasznie drogi w tym roku wyszedł.
Ładnie wypunktowane braki
Ja bym jeszcze dodał, że to i tak nie zepsuje poczucia sukcesu u organizatorów, bo kto ma ich ocenić, jak w urzędzie nikt się nie zna ?
Gazety i radio były grzeczne ( pewnie jakoś kupione ) , nie pisały o każdej pierdółce. Lubuska nawet się nie zająknęła o sprofanowaniu pomnika i tablicy - w zeszłym roku codziennie pisali - więc w urzędzie wszystko gra, było super i cacy, a pan Nesterowicz to jest PRAWDZIWY FACHOWIEC.
Zaraz zaczniemy czytać, jak to inne miasta nam zazdroszczą takiego fachowca - może by go gdzieś przetransferować ?
Dorzucę od siebie kilka złotych, żeby go tylko wzięli :-)
Tylko jedne warunek: musi ich być stać, żeby płacić kilka razy więcej, niż coś jest warte, to jest cena fachowości ....
Im ten "MIŚ" jest droższy
@K.Malewicz:tym lepiej dla nas!
No to po koniaczku, stać nas! :))
Malkontenctwo
http://koszal.in/forum/viewtopic.php?f=112&t=13127&p=120251#p120251