Trudna droga do przejrzystości
Gdy dwa tygodnie temu byłem w Zielonej Górze u jednego ze ''swoich lekarzy rodzinnych'' (nie tego, którego wybrałem, lecz tego, do którego był pierwszy wolny termin wizyty), to wychodząc z gabinetu zamieniłem z nim kilka zdań na temat odchodzących do lamusa książeczek RUM. Lekarz ten okazał się być wielkim entuzjastą tych książeczek i to do takiego stopnia, że powiedział mi, abym wziął sobie następne zanim zamkną punkt ich wydawania.
Pozwoliłem nie zgodzić się ze zdaniem lekarza. Powiedziałem mu również, że system z takimi książeczkami był i jest dla mnie mało przejrzysty oraz tworzy zbędną makulaturę. Zaproponowałem rozważenie innych rozwiązań jak np. pendrive, do którego lekarz w czasie każdej wizyty pacjenta zapisywałby informacje dotyczące leczenia lub po prostu jedną książeczkę w formie dużego zeszytu, na której byłyby również zapisywane te same informacje.
Swoje zdanie umotywowałem możliwością stworzenia systemu zdrowia opierającego się na odpowiedzialności pacjenta za swoje zdrowie. Lekarz skwitował mnie krótko: '' - Odpowiedzialność ? W polskich warunkach ? Na jakim świecie pan żyje ? ''.
Przyznam, że ta wizyta dała mi ciekawy temat do przemyślenia. I chociaż następnych książeczek nie pobrałem (w końcu to NFZ decyduje a nie lekarz), to uświadomiłem sobie, że warto jest spojrzeć na tę problematykę możliwie jak najszerzej. Postarać się zrozumieć racje lekarza (na wzajemną argumentację przypadkowo podjętego tematu nie było wtedy czasu). Tym bardziej, że osób podzielających jego opinię jest więcej (na przykład zwolennikiem takiego rozwiązania jest na MM-ce Almright, dla którego taki system był czytelny i wygodny).
Na pewno zwolennicy książeczek RUM-u mają dużo racji i nie zamierzam ich kwestionować. Na przykład trudno byłoby od starszych osób wymagać, żeby posiadali elektroniczne nośniki danych przy sobie. Albo od biedniejszych obywateli oczekiwać, że sami sobie kupią komputery. Ale nie to mnie martwi najbardziej. Najbardziej niepokoi mnie opór przed wdrażaniem rozwiązań, które dają szansę na to, że pacjent zacznie wreszcie być odpowiedzialny za swoje zdrowie, a lekarz nie będzie z góry zakładał, że ma przed sobą kolejnego nieodpowiedzialnego ''człowieczka''.
Z pewnością nieodpowiedzialnych pacjentów, co jest poważnym argumentem potwierdzającym zdanie lekarza, w naszym regionie nie brakuje. Ale czy z tego wynika, że pacjentów odpowiedzialnych po raz kolejny należy z łatwością wrzucać do wspólnego koszyka pacjentów nieodpowiedzialnych ?
Systematyczne dbanie o własne zdrowie i stała profilaktyka mogłyby zmniejszyć koszty funkcjonowania służby zdrowia w Polsce. Dlaczego obywatel Polski, który regularnie dba o stan swojego zdrowia w przypadku nagłej nieprzewidzianej choroby ma ponosić takie same negatywne konsekwencje niedomagań służby zdrowia i borykać się z takimi samymi problemami (czasowymi i finansowymi) jak inny obywatel Polski, który nieodpowiedzialnie podchodzi do systematycznej dbałości o własne zdrowie ?
Za nieodpowiedzialność powinno się płacić konkretne pieniądze. Przy czym jasno trzeba też umieć powiedzieć, że nie można obarczać nieodpowiedzialnością osoby mieszkające w małych miejscowościach Polski, gdzie dostęp do służby zdrowia jest mocno utrudniony. System zdrowia oparty o profilaktykę byłby w Polsce rewolucją. Przede wszystkim rewolucją myślową. Rewolucją, która wymagałaby od NFZ nowego spojrzenia na służbę zdrowia a od lekarzy innego podejścia do pacjenta (skończenia z pochopnym przepisywaniem leków przez lekarzy rodzinnych na rzecz wcześniejszego przeprowadzania dokładnych badań).
Na razie duża część naszego społeczeństwa nie myśli profilaktycznie lecz interwencyjnie, aczkolwiek coś powoli zaczyna się zmieniać. Może jest to efekt trwożnego uświadomienia sobie jakimi potężnymi siłami dysponuje Matka Natura. Mądrość i moc Matki Natury idealnie nadają się do czerpania wiedzy na temat pozytywnych aspektów stosowania przez żywe organizmy profilaktyki.
A może to jest wpływ innych kultur i innych dobrych rozwiązań stosowanych w krajach rozumiejącychogromne znaczenie i dostrzegających miliardowe korzyści finansowe z tytułu funkcjonowania profilaktycznego modelu służby zdrowia. Wprowadzenie w Polsce obowiązku regularnych badań pod realną groźbą odmowy zapłaty z państwowych funduszy za poważną operację w przypadku pacjenta, który takich badań nie przeprowadzał, byłaby rozwiązaniem sprawiedliwym społecznie.
No bo z jakiej racji wszyscy podatnicy mają płacić za czyjąś nieodpowiedzialność i lekkomyślność ? Ale czy w Polsce możemy mówić o odpowiedzialnym podejściu do problematyki systemu zdrowia skoro NFZ woli inwestować w urzędowe budynki i rozbudowywać biurokrację zamiast zakupić na przykład szesnaście nowoczesnych autobusów (jeden na każde województwo) z bardzo dobrą aparaturą badawczą i stworzyć szesnaście zespołów lekarskich, których zadaniem byłoby docieranie do ludzi w każdym zakątku Polski ? No i jak tu mam nie wierzyć lekarzowi, który na zakończenie wizyty mi powiedział: '' - Jaka odpowiedzialność ? U nas przez sto lat nic się nie zmieni ''.
Na dzień dzisiejszy oparcie polskiej służby zdrowia o odpowiedzialność pacjentów jest niewyobrażalne, zarówno dla wielu lekarzy jak i urzędników NFZ. Czy jest to spowodowane bardziej troską o pacjentów czy też bojaźnią przed możliwością wprowadzenia elektronicznych nośników i nowoczesnym systemem informatycznym z bazą danych dla pacjentów pozwalającą na odtworzenie działań podejmowanych przez lekarzy i urzędników NFZ w każdym konkretnym przypadku niechaj pozostanie tajemnicą.
Tajemnicą, która kryje w sobie wiele niedopowiedzianych i wieloznacznych historii. Faktem jest, że NFZ stwierdził, że lekarze przypisywali refundowane leki w nieuzasadnionym racjonalnymi względami nadmiarze. Z kolei Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że rzeczywiste zapotrzebowanie na zabiegi i operacje było i jest wyższe niż ich liczba zakontraktowana przez NFZ. Nawet jeśli szpitale wykonały 100 proc. zakontraktowanych przez NFZ operacji, to i tak tworzyła się kolejka pacjentów. Prawda jest skomplikowaną sumą ludzkich zachowań.
Patrząc na stan służby zdrowia w Zielonej Górze trzeba uczciwie stwierdzić, że nie jest źle. Do lekarzy specjalnych zastrzeżeń nie mam. No, może poza dwoma. Po pierwsze uważam, że zbyt często leczą antybiotykami. Ale to moje prywatne zdanie i mój prywatny organizm. Po drugie nie wszyscy lekarze rodzinni chcą kierować pacjentów do lekarzy specjalistów.
I to nawet wtedy gdy jest to niezbędne. Zazwyczaj lekarze są mili i życzliwi. Szpital i przychodnie ładnieją. Przybywa nowoczesnego sprzętu. Nad Zieloną Górą bez trudu można zauważyć lecący helikopter ratowniczy z i do szpitala. Pomimo problemów jest coraz lepiej. Jest to zasługą przychylności inwestycyjnej władz miasta i obecnego polskiego rządu, który dla dobra lekarzy zrobił najwięcej. Dzięki wzajemnemu, czasami osiąganemu w burzliwy sposób, zrozumieniu służba zdrowia w południowej stolicy województwa lubuskiego dobrze funkcjonuje. Natomiast do doskonałości jest nam ciągle jeszcze daleko.
Dlatego tak ważne jest każde następne światełko w tunelu, dzięki któremu mentalność decydentów dotycząca służby zdrowia opartej na budowaniu odpowiedzialności pacjenta będzie się zmieniała, a świadomość z płynących korzyści dla wyboru takiego rozwiązania rosła.
Tomasz R.



























Kontakt:
Ja jestem odpowiedzialna, ale co z tego?
Owszem, bardzo chciałabym być odpowiedzialna, robić na bieżąco niezbędne badania, chodzić do lekarzy i dbać o swoje zdrowie. Gdy zaczęły się moje dolegliwości stawowe od razu poprosiłam o skierowanie do ortopedy. Dostałam się po kilku miesiącach. Otrzymałam skierowanie na zabiegi, na bolący mnie wówczas łokieć. Czekałam kolejne miesiące i, jak przyszła moja kolej, łokieć już mnie nie bolał, za to bolała noga. Zabiegu zamienić nie można - ma być łokieć! Niestety, skierowanie na bolącą nogę musi ponownie dać lekarz rodzinny do ortopedy, bo to już inna kończyna i tamto skierowanie nie ważne. Więc wszystko od początku. Czas oczekiwania na wizytę kilka miesięcy, na ewentualne specjalistyczne badanie tyle samo, a zabiegi? Wszyscy wiemy. I, co z mojej odpowiedzialności za swoje zdrowie?
Owszem wszystko to można bardzo szybko, u tych samych lekarzy, płacąc i to wcale nie mało. Tylko, że ja płaciłam i nadal opłacam ubezpieczenie...też wcale nie mało.
Kategoria pacjentów
Kategoria pacjentów "nieodpowiedzialnych" jest trochę jakby to powiedzieć nie fair... zważając na nieciekawą sytuację placówek służby zdrowia myśli Pan, że tak łatwo jest się zapisać na wizytę i od razu przy wizycie u lekarza pierwszego kontaktu czyli lek. domowego otrzymać skierowanie na kompleks badań?
Zostałam wyśmiana, gdy poprosiłam swego czasu o takie badania - czyli zestaw badania krwi, moczy, zbadanie ciśnienia... lekarz zapytał "a po co to Pani"?
"Jak to po co, odpowiedziałam, bardzo rzadko bywam u lekarza i ciekawi mnie po prostu czy mój stan zdrowia jest prawidłowy"....oczywiście skierowania nie dostałam :] bo nie czuję się źle, nie występują jakiekolwiek oznaki budzące niepokój...to wszystko zostało stwierdzone po powierzchownej ocenie mojego wygladu bez ingerencji nawet stetoskopu ;]
Zatem zaliczałabym się do grupy nieodpowiedzilnych pacjentów gdyż swoich badań profilaktycznych nie odbyłam :))))
A jak wyglądają badania okresowe w zakładach pracy?
Przecież to fikcja... :)))) po uiszczeniu odpowiedniej opłaty każdy jest zdolny do pracy na interesującym go stanowisku (oczywiście na własną odpowiedzialność - chyba ) ;)
kiedy w Austrii
@Milena:zmieniłam miejsce zamieszkania i poszłam do lekarza również poprosiłam o badanie kompleksowe, lekarka również zapytała dlaczego chcę to zrobić, powiedziałam, że już 2 lata nie robiłam więc chciałabym wiedzieć, oczywiście natychmiast dostałam. O dziwo, zrobiła mi również poziom witaminy D3, a że miałam za mały, a ona wiedziała, że wyjeżdżam na dłużej, zadzwoniła do mnie, że mam natychmiast przyjść bo muszę zacząć przyjmować wit. D3
Czytając ostatni akapit, to wszystko wina chorujących
Cała służba zdrowia cacy, lekarze, przychodnie, NFZ, wszyscy cacy,
a obraz tej sielanki burzą wredni, nieodpowiedzialni pacjenci.
Po kieszeni nicponi!!!!
Załóżmy, że wprowadzimy karty chipowe
zawierające pełną historię pacjenta i działań lekarzy. Jeśli na takiej karcie znajdzie się ocena 'hipochondryk, histeryk, kolego uważaj', kto zagwarantuje, że na pewnym etapie nie weźmie górę korporacyjna solidarność lekarzy? Kto skontroluje prawidłowość diagnozy? Kolejna struktura - policja medyczna, czy ostatecznie - anatomopatolog?
Z wieloma tezami Pańskiego artykułu
zgadzam się , lecz na razie poza słusznością niewiele przystają one do polskiej rzeczywistości. Podobnie jest ze zdobytym wykształceniem i umiejętnościami potrzebnymi na stanowisku pracy.
Na końcu i tak o wszystkim decyduję "kasa ", a ona zostaje w Anglii, Belgii, Niemczech, Irlandii i .........
Podobnie jest ze środkami na emerytury.
W Szwecji
nie ma wcale recept ! Lek wypisuje lekarz w gabinecie i odbieramy go w aptece, która znajduje się najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Jeśli nie odbierzemy leku, to aptekarz do nas dzwoni i informuje, że lek już czeka. Ot ... inny świat. Bez ton papierów. Ale, żeby coś takiego u nas powstało musi być system/program do przesyłania tego typu danych, a to już chyba ponad nasze siły bo skoro w jednym szpitalu są dwa systemy które ze sobą nie współpracują to czego oczekiwać od całego kraju.
karty chipowe
zagrażają pozycji jaką przez lata wypracowała sobie spora grupa lekarzy, uważając się za jedynych posiadających wiedzę a pacjentów traktujących jak nic nie rozumiejącą "ciemnotę" która może tylko rozdziawiać z podziwu gębę nad ich niezgłębioną mądrością, często zdobytą wiele lat temu z takim trudem że do dzisiaj wszelka fachowa literatura budzi w nich odrazę.
Kilka lat temu, gdy pozwoliłem sobie na zbyt dociekliwe pytania dotyczące negatywnych skutków zaordynowanej kuracji, zostałem "zgaszony" pytaniem o moje wykształcenie. Ktoś zapomniał że dzisiejsze społeczeństwo z powszechnym dostępem do informacji i szybko rosnącym poziomem wykształcenia może być partnerem w takiej dyskusji.
Dzisiaj mam prawo wiedzieć, jaki fachowiec, jakimi metodami i materiałami będzie mi remontował mieszkanie, gdzie grożą mi tylko ew. straty finansowe a nie mogę podejmować dyskusji i mieć wpływu na to co ktoś z moim zdrowiem chce robić, gdzie straty są często nieodwracalne i decydujące o moim dalszym życiu???
Lekarz to przecież człowiek i zawód jak każdy inny. Bywają mistrzowie, bywają partacze. O tych drugich mówi się coraz częściej. Coraz więcej jest spraw sądowych toczących się przeciw niekompetentnym lekarzom, coraz częściej czytamy o "błędach w sztuce lekarskiej". Solidarność zawodowa nie pozwala na eliminowanie ani nawet negatywne opiniowanie takich lekarzy, co stanowi duże utrudnienie w dochodzeniu i postępowaniu dowodowym. Dokumentacja medyczna jest traktowana jak własność lekarza do której ma on nieograniczony dostęp a przy próbie dostępu do niej przez pacjenta traktowana jest jak opatrzona klauzulą "Tajne spec. znaczenia"
Dla tej grupy lekarzy wprowadzenie elektronicznej dokumentacji z ograniczoną możliwością "grzebania" w systemie stanowi zbyt duże zagrożenie i to właśnie powoduje tzw "opór materii" natomiast dla lekarzy którzy traktują dobro pacjenta jako wartość nadrzędną, karta taka nie będzie budzić obaw i może stanowić pomoc w procesie leczenia.
mam pytanie: czy takie karty będą miały gdzieś kopię?
@jorik:Chodzi mi o to, by nie zaginęła historia choroby, gdyby właściciel-pacjent w jakiś sposób kartę uszkodził, lub nieodwracalnie zniszczył/zagubił? Załóżmy, że każda wizyta u lekarza powoduje przepisanie danych do komputera lekarza (lub przerzucenie ich do centralnego serwera) i odblokowanie flagi 'kasuj' w komputerze, powiedzmy, trzy wizyty wstecz. Jak teraz wygląda sprawa zabezpieczenia danych w komputerach lekarzy rodzinnych? Czy jakiekolwiek dane są archiwizowane, czy też jedynie zabezpieczane są akta papierowe? Kto wie?