drukuj

Szokowanie w sztuce to coś taniego

rys. Igor Myszkiewicz

- Kiedy jestem szczęśliwy to nie tworzę - twierdzi Igor Myszkiewicz, który specjalnie dla MMki rysuje komiks Zdeptak. Obecnie w Muzeum Ziemi Lubuskiej można podziwiać jego galerię Czarne Rysunki i z tej okazji postanowiliśmy porozmawiać z artystą.

 - Choć trudno było mi w to na początku uwierzyć słyszałem, że w młodości występowałeś w zespole black metalowym.

 

- To prawda. Byłem wokalistą. Mój pierwszy zespół nazywał się Yorick. To były czasy liceum plastycznego. Zaczynaliśmy, co ciekawe, od poezji śpiewanej i dopiero później jakoś naturalnie ewoluowaliśmy w stronę cięższego brzmienia. Pamiętam jak ciągle mieliśmy problemy ze sprzętem i miejscem. Graliśmy na wypożyczonych wzmacniaczach w piwnicy tuż obok pieca i stosów węgla.

 

- Ale to was nie zraziło...

 

- Oczywiście, że nie. Pierwsza połowa lat 90-tych to były czasy boomu black metalu w Europie i Polsce. Wśród znajomych wszyscy gdzieś grali i śpiewali w metalowych kapelach, to należało do stylu życia. Pod względem ilości blackowych zespołów Polskę biła tylko Szwecja. Nasza formacja skończyła się tak naprawdę koncertem w amfiteatrze podczas pierwszej edycji przeglądu zespołów rockowych „O złoty nocnik”.

 

- To nie był jednak koniec twojej przygody z muzyką.

 

- Powstał kolejny zespół, w którym śpiewałem - Tyberiada. Było już bardziej profesjonalnie. Staraliśmy się stworzyć studyjne nagranie. Powstało coś, co przy dużej dozie dobrej woli moglibyśmy nazwać kasetą demo. Nasze próby wypadały na niedziele rano, a że tryb życia był inny niż teraz, bardziej bachiczny, to niestety część muzyków docierała w stanie lekko zmurszałym. Nie można było jednak z tym walczyć, taki był po prostu wtedy styl życia. Prawie połowa młodzieży nosiła czarne ciuchy, długie włosy oraz masę krzyży, pentagramów i metalowej biżuterii. Wszyscy wyglądaliśmy bardzo demonicznie, ale o ironio była to jedna z najbardziej pokojowych subkultur. Pod koniec ’95 roku nasz zespół się rozpadł i każdy poszedł w swoją stronę. Przez pewien czas razem z gitarzystą Tyberiady udzielaliśmy się w punkowym zespole B-29.

 

- Dużo się wtedy imprezowało?

 

- Nie da się ukryć, że był to stały element naszego życia. Nie obowiązywał zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych i ówczesne pokolenie 20-latków intensywnie z tego korzystało. Piło się różne rzeczy. Bardzo zapadło mi w pamięci wino Cerise. Było wtedy bardzo kultowe. Miało estetycznie zaprojektowaną nalepkę, dobry smak i niezłą moc. Jak byliśmy już trochę starsi to zaczęła się moda na trunek o nazwie Edelkirch. To czerwone wino o smaku czereśniowym miało zatopioną w szkle plakietkę producenta. Często się ją wyjmowało i robiło z niej wszelkiego rodzaju breloczki. Warto także wspomnieć iż szukaliśmy wtedy różnych smaków. Kiedy zbliżyliśmy się do półmetka studiów trafiliśmy na wino Cesar. Miało wiele różnych odmian na przykład czekoladową, orzechową, kawową capucchino. Co ciekawe piwo i wódka nie były wtedy tak popularne jak dzisiaj.

 

- Mówisz o tych czasach z dużym sentymentem. Tak bardzo różniły się one od obecnych?

 

To były czasy, kiedy królowały kasety i czarne płyty analogowe. Prawo autorskie jeszcze wtedy nie istniało i wszyscy kupowali muzykę na straganach. Dawało to szeroki dostęp do różnorodnej muzyki, ale jakość techniczna nagrań oczywiście była marna...

To wszystko zaczęło jednak mieć się powoli ku końcowi - w ciągu kilku następnych lat nastąpi zmierzch cywilizacji analogowej. Ale wtedy jeszcze nie było w każdym domu komputerów, powszechnego dostępu do internetu, komórek. Więcej czasu spędzało się z ludźmi, wszyscy młodzi w mieście się znali a parki i skwery były swego rodzaju agorami. Powstawało bardzo dużo kreatywnych oddolnych inicjatyw. Ludzie wydawali własne gazetki i artziny, które rozprowadzali pocztą pantoflową po znajomych. Do dziś mam w swojej kolekcji kilka z nich jak np. Kick Zine albo Spoko Wodza. Trzeba było się napracować żeby coś takiego stworzyć ale satysfakcja była duża. Dziś jest łatwiej, tę rolę przejęły blogi i internet.

 

- A czy ludzie też tak bardzo się zmienili?

 

- Jesteśmy dziś dużo bardziej hermetyczni. Natychmiastowy dostęp do informacji zamiast scalić zatomizował społeczeństwo. Każdy może żyć dziś tak jak mu się podoba w swoim własnym świecie. Poprzez zdobycze technologii możemy interesować się różnymi rzeczami i poznawać innych ludzi, których fascynuje to samo co nas, nieważne jak bardzo niszowy byłby to temat. Możemy żyć w kamienicy i nie znać żadnego z naszych sąsiadów a w tym samym czasie współpracować i rozmawiać z ludźmi z drugiego końca kraju, jeśli nie świata.

 

- Ludzie, którzy po raz pierwszy spotykają się z twoimi pracami twierdzą, że jest w nich pewien niepokój i mrok. Zgadzasz się z tą opinią?

 

Szokowanie w sztuce jest to coś taniego, nie o to mi chodzi, ja po prostu mam taki język myśli i  wypowiedzi. Choć fakt, że ostatnio w mojej twórczości jest sporo symboli śmierci i ten wątek jest mocno zaakcentowany, to wynika to z moich osobistych przeżyć - w zeszłym roku odeszło kilka bliskich mi osób i zacząłem słyszeć zew ziemi... Rysując odreagowuję więc rzeczy i wydarzenia, które mnie wewnętrznie ruszyły. Zamieniam je w opowieści...

Groza w moich pracach to groza nasza codzienna, przenikająca każdą chwilę naszego życia; równocześnie jest zbyt wszechogarniająca by traktować ją poważnie, stąd elementy humoru. Chyba tylko śmiech może być reakcją na otchłań, każda czaszka się śmieje...

Z wiekiem mam wrażenie, że coraz bardziej pokornieję. Moje artystyczne podróże są coraz bardziej intymne, symbolika bardziej własna... Celem nie jest niepokojenie widza, raczej poszukiwania wewnętrzne. Owszem, przemierzam ciemności rojące się od wszelkich dziwnych bytów ale jeżeli twoje własne demony są po twojej stronie tym lepiej dla twojego zdrowia psychicznego.

Kiedy jestem szczęśliwy nie tworzę. Szkoda mi po prostu na to czasu.

 

- Dziękuję

 

 

 

Igor Myszkiewicz (ur. 1974 r.) to zielonogórski artysta, absolwent Instytutu Sztuki i Kultury Plastycznej przy dawnym WSP. Otrzymał dyplom z litografii w pracowni ad. Stefana Ficnera. Uprawia grafikę, rysunek, ilustrację książkową oraz komiks. Obecnie pracuje na stanowisku adiunkta w Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Współzałożyciel działającej od 1997r. Galerii Twórców Galera promującej młode środowisko artystyczne. Jest także jednym z twórców grupy artystycznej Korporacja Trylobit. Członek Lubuskiej Zachęty Sztuk Pięknych oraz wiceprezes Okręgu Zielonogórskiego ZPAP. W swoim dorobku ma wiele wystaw zbiorowych i indywidualnych. Jest autorem komiksów: “Grabarz”, “Sny Zwierząt”, “Raj”, “Czarownica”, “Okręty”, “Zimowy Templariusz”, “Miasto Win”, „Psi Syn”, „Robactwo”, „Graal” oraz „Padlina”.

 

Zdjęcia

  • rys. Igor Myszkiewicz

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Szambelan
Szambelan ndz., 2010-03-14 09:25

Zdziwiony jestem brakiem komentarza nijakiego "baszaalbiona"

A może artykuł jest za długi? A temaz zbyt kulturalny? pozdrawiam autora o bohatera opisywanego.

Szambelan