drukuj

Rafał Kurmański (1982-2004): ,,Trafił na małe miasto gdzie żużel jest religią, i to taką złą religią"...

Rafał Kurmański

żródło: www.gazetalubuska.pl, fot.: Tomasz Gawałkiewicz

"Trzeba mieć trochę z rottweilera, trochę z kaznodziei, trochę z misjonarza żeby przetrwać"... - pisał Tomasz Lorek o żużlu... Rafał, gdyby żył, kilka dni temu, 22 sierpnia, kończyłby 28 lat. Minęło już ponad sześć lat od śmierci nieodżałowanego żużlowca z Zielonej Góry, Rafała Kurmańskiego.

Próżno szukać w sieci stron internetowych nieżyjących zawodników. Z jednym małym wyjątkiem. Witryna Rafała Kurmańskiego (www.kurmanski.pl) niemal codziennie jest odwiedzana przez użytkowników. Niektóre osoby zostawiły już kilka, kilkanaście wpisów w księdze gości. Koszulki z Rafałem Kurmańskim cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, że trzeba było dodrukować następne. Na cmentarzu, na którym spoczywa Rafał, co rusz nowe kwiaty, znicze. Z rozrzewnieniem patrzy się na śliczne maskotki. Wszystko dla "Kurmanka" - idola Zielonej Góry.

Dzieciństwo

O Rafale Kurmańskim, kiedy żył, mówiło się bardzo wiele rzeczy. Dobrych i złych. Było wielu ludzi, którzy mówili o nim złe rzeczy świadomie, lub też zupełnie nieświadomie rozprzestrzeniali nieprawdziwe plotki. Prawda jest taka, że był on postacią nietuzinkową. Miał trudne dzieciństwo. Nie był też łatwym dzieckiem. Publikacja wydana po śmierci Rafała wspomina o ucieczce "na gigant" do Niemiec. Potrafię sobie tylko wyobrazić niepokornego, młodego "Kurmanka", deportowanego do kraju.

Najlepsze pięć lat historii żużla

Potem liczył się tylko żużel. To było niezapomniane pięć lat dla każdego kibica żużlowego w Winnym Grodzie, bo tylko tyle trwała kariera Rafała Kurmańskiego. Rodził się wielki żużlowiec. „Chłopak stąd”. 11 maja 1999 roku uzyskał licencję żużlową podczas egzaminu w Toruniu. Wcześniej słychać było głosy, że w szkółce żużlowej trenera Grabowskiego jest chłopak, który ma "papiery na jazdę". Pierwszy sezon startów Rafała Kurmańskiego potwierdził, że Zielona Góra doczekała się utalentowanego juniora. Już wtedy "Kurmanek" nie odpuszczał. Już wtedy można było zauważyć, że ma tę "iskrę bożą", ten styl, którym zapierał dech w piersiach kibiców. Od początku miałem okazję go podziwiać, i po dziś dzień wspominam waleczność, styl, piękno, którego już nigdy nie zobaczę.

To była piękna kariera młodego zielonogórzanina. Systematycznie rozwijał się i stawał się kompletnym zawodnikiem. Jedyny taki, który skutecznie starał się sprostać oczekiwaniom kibiców w Zielonej Górze. Najpierw stał się czołowym polskim juniorem i asem w talii trenerów zielonogórskiego żużla. Później potrafił sprostać roli lidera drużyny, przywożąc najważniejsze punkty w najtrudniejszych pojedynkach.

Pomnik trwalszy, niż ze spiżu

Gdyby postawić pomnik Rafałowi Kurmańskiemu to jego miejsce powinno być na stadionie w Gnieźnie, gdzie 28 września 2002 roku w XIV biegu pierwszoligowego pojedynku pomiędzy Startem Gniezno a ZKŻ-em Zielona Góra zapewnił zielonogórzanom powrót do żużlowej elity. Kibice z Zielonej Góry, którzy mieli szczęście obejrzeć ten mecz, wspominają o najcudowniejszej akcji na torze, jaką kiedykolwiek widzieli. W chwili kiedy piszę ten artykuł, wielokrotnie odtwarzam ten bieg, żeby w czasie przenieść się do tych cudownych chwil zielonogórskiego żużla. Czasu już nie cofniemy, a i pomnika w Gnieźnie stawiać nie trzeba dla uczczenia tamtej pamiętnej chwili. "Wybudowałem sobie pomnik, trwalszy niż ze spiżu" - mógłby powtórzyć Rafał Kurmański za starożytnym poetą, Horacym.

Tutaj obejrzycie film z tego biegu

Wśród najlepszych

To się musiało stać. Prędzej czy później, ale musiało się stać. W dniu 17 maja 2003 roku Rafał z "dziką kartą" wystartował w Grand Prix Europy w Chorzowie. To musiało być ogromne przeżycie dla tego młodego zawodnika. Na najsłynniejszym polskim stadionie, przy pełnych trybunach „Kurmanek” pokazał światu, że w przyszłości trzeba będzie się z nim liczyć. Pokazał dobry żużel. Zdobył pierwsze szlify w żużlowej elicie. Chyba już zawsze będę pamiętał Rafała Kurmańskiego podczas rundy honorowej po wygranym biegu...

Zła religia

Bardzo lubię wracać do wywiadu z Tomaszem Lorkiem, który został opublikowany 8 maja 2006 r. przez speedway.info.pl. Mam wrażenie, że wypowiadane wtedy słowa przez kogoś, kto jest taką trochę chodzącą encyklopedią żużla, ani trochę nie straciły na aktualności i ciągle dobrze charakteryzują zielonogórskie środowisko: działaczy i kibiców. Jest w tamtej wypowiedzi kilka słów na temat Rafała Kurmańskiego, z którymi nie do końca się zgadzam, niemniej jednak warto je w tym miejscu przytoczyć:

„Kurman odjechał, bo nikt nie chciał z nim rozmawiać. Wszyscy chcieli go oklaskiwać i klepać po plecach, ale nikt nie chciał z nim normalnie porozmawiać. Był taki film Pedro Almodóvara "Porozmawiaj z nią". Gość budzi kobietę w śpiączce, torreadorkę, która jest w śpiączce po uderzeniu byka na arenie. A gość ją wybudza rozmową, obmywa ją. Wie, że ona śpi, jest w letargu, a on mimo wszystko obmywa ją, rozmawia z nią, przyprowadza jej koleżanki. Taka terapia, której u nas brakuje. Brakuje normalnych, szczerych, ciepłych rozmów. (…) Rafała Kurmańskiego będę wspominał bardzo pozytywnie, zawsze z dużym szacunkiem w obie strony. Gość, który musiał być skrajny żeby przetrwać, bo jak się ma taką rodzinę, a nie inną i jest się w takim sporcie jak speedway, to ciężko jest znaleźć złoty środek. Dwie twarze. Zupełnie nieznana osoba od kuchni, wybuchowa, ekstrawagancka a z drugiej strony gość, który potrafił zatrzymać na ulicy dwóch bijących się ludzi. Wraca z zawodów i wyskakuje z samochodu i mówi: "Panowie, co wy robicie? Nie bijcie się.". Taki anioł stróż pokoju w sytuacjach, które w ogóle jego nie dotyczyły, reagował na zło, ale sam nie potrafił tego zła przeskoczyć u siebie. Nie miał ludzi wokół siebie, którzy mogliby mu pomóc. Pamiętajmy o jednej rzeczy, trafił w środowisku ludzi, którzy dawali mu pieniądze na papierze, albo jak dawali to były to czarne pieniądze. Jeśli wejdziecie w grę z mafią, to już nie ma wyjścia. Jeżeli raz zatańczysz walca z nimi to tańczysz do końca życia. Albo nie tańczysz, a budzisz się martwym jak raz zagrasz kontra nim. To jest przekleństwo polskiego sportu i gospodarki, że nic nie może być klarowne. Firma nie może dać, chyba, że jest potentatem, dużych pieniędzy zarobionych czysto, bo takich pieniędzy generalnie nie ma. Jeżeli są, to są to takie wirtualne pieniądze. A on trafił na małe miasto gdzie żużel jest religią i to taką złą religią. Gdzie wymaga się krwi, walki do końca. Na pewno był bohaterem w sensie jazdy i talentem drugim po Tomku Gollobie. Jeżeli chodzi o balans, kunszt pracy to to był następca, w pełni, za Tomkiem Gollobem, w sensie wypuszczania się, szybkości. A z drugiej strony gość, który jak mu szło to jechał idealnie, jak mu pierwszy wyścig nie wyszedł, to potrafił zupełnie się załamać, nie umiał znaleźć języka z nikim, był wściekły. Takie typowe oznaki geniusza, który jak wstanie lewą nogą to mu nic nie wyjdzie, a jak obudzi się innego dnia to po prostu jedzie jak z nut. Bardzo wrażliwy, młody chłopak, któremu nie miał kto pomóc i on z drugiej strony sam nie chciał pomocy, bo wiedział, że ci ludzie, którzy niby mają być jego przyjaciółmi tak naprawdę w pewnym momencie wypomną mu to co robią. Chciał być sam i skończyło się jak się skończyło. Bardzo złe środowisko, tu trzeba mieć trochę z rottweilera, trochę z kaznodziei, trochę z misjonarza żeby przetrwać. Bardzo twardym trzeba być mentalnie, a jak nie masz oparcia w rodzicach, to niewielu ludzi wytrzyma coś takiego. Są giganty psychologii, które to przeskoczą, a on takim nie był.” (speedway.info.pl, wydanie z 8 maja 2006r.)

Na zachodzie bez zmian

Trochę się zmieniło w ostatnich latach. Przyszło kilku zawodników i trener, którzy mają w sobie naturalny luz i potrafią takim luzem zarażać innych: Rafał Dobrucki, Greg Hancock, wcześniej Grzegorz Walasek. Jak się słyszy naszego trenera Piotra Żyto to nawet jak psioczy i złorzeczy to takimi słowami, że na twarzy pojawia się uśmiech (vide: „Zabierzcie mi stąd ten tartak”, czy „Życzymy udanych wakacji”). Szkoda, że nie wszyscy potrafią dać się porwać temu fajnemu klimatowi i od czasu do czasu kończy się to na ostrzu noża (np. rozstanie w G. Walaskiem, konflikt prezesa z trenerem czy też prezesem Komarnickim), bo tak naprawdę wyniki osiąga się wtedy, kiedy jest miejsce na spontaniczną radość.

Dobrze, że się skończyło tak jak się skończyło i udało się wygrać oba mecze z Gorzowem, bo z zawodników uszła już największa presja. Teraz mogliby z powodzeniem zająć czwarte miejsce i nikt rozsądny nie będzie miał do nich pretensji, bo przecież największe marzenie kibiców się spełniło i drużynę z Gorzowa wysłano na przedwczesne wakacje. Kto wie czy na tym luzie znów nie uda się wjechać na najwyższy stopień podium Drużynowych Mistrzostw Polski.

Ale co gdyby się nie udało? Jakaż fala krytyki przeszłaby przez media, przez kibiców, przez sterników klubu, gdyby zawodnicy z Gorzowa odprawili Falubaz „z kwitkiem”? Jakże szukano by winnych haniebnej porażki. Bo to prawda, że Zielona Góra żyje żużlem. Z rycerzami speedway'a spotykamy się w mieście na każdym kroku. To sport, który wyzwala najintensywniejsze emocje, i te pozytywne, i te negatywne. To musiała być ogromna presja dla młodego człowieka (wtedy, sześć lat temu), który chciał świetnie jeździć na żużlu. To musiał być niesamowity ból dla niego, kiedy nie wygrywał, kiedy nie sprostał oczekiwaniom kibiców. To musiał być wielki ból w sercu największego zielonogórskiego "fightera", kiedy ci, którzy nosili go na rękach gdy wygrywał, odwracali się od niego i złorzeczyli gdy przegrywał.

Koniec

Kilka słabszych występów, kilka niepotrzebnych i niesprawiedliwych komentarzy, i cały czas to niesamowite ciśnienie. Presja. I bezradność, kiedy w obliczu porażki młody człowiek zostaje zupełnie sam. Kiedy dosięgają go czarne myśli, i nie potrafi dostrzec, że jest ktoś, dla kogo jest "światełkiem". A może takiego kogoś po prostu zabrakło. Trudno odpowiedzieć na to pytanie, co czuł nasz idol, kiedy odchodził. Na pewno my, kibice z Zielonej Góry, będziemy zawsze żyć z tym piętnem, że tak rzadko dostrzegaliśmy w nim człowieka. Rafał, zawsze będziemy o Tobie pamiętać. R.I.P.

PS. Na stronie internetowej www.kurmanski.pl można znaleźć między innymi zdjęcia Rafała Kurmańskiego – jak donosi strona – udostępnione dzięki uprzejmości Pani Alicji Skowrońskiej. Zazdrość człowieka bierze kiedy pomyśli się, że MM-kowiczka była świadkiem tego, jak kształtował się sportowo ten zielonogórski diamencik.

Zdjęcia

  • Rafał Kurmański
MM-kowicz pełną gębą :)
AmIright
Autor:AmIright

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Lucyna
Lucyna pt., 2010-08-27 11:30

Na meczu żużla byłam tylko

Na meczu żużla byłam tylko raz w życiu niestety było to w dniu, w którym R. Kurmański popełnił samobójstwo. Szkoda młodego chłopaka ale tak to jest ,że "sukces ma wielu ojców a porażka jedną matkę". Tak naprawdę to chyba najważnieszy jest w życiu dom rodzinny gdzie można się schronić przed całym złem tego świata.

Lucyna
Jacek
Jacek pt., 2010-08-27 13:22

Rafał "jedziesz z nami"

To nie tylko koszulki, które były "modne" po śmierci Rafała. W rocznice te koszulki zakłada wielu kibiców idąc na stadion, ostatnio także Patryk Dudek.
Ja świetnie pamiętam jeden z biegów Kurmanka z Golloba na W69. Obaj zawsze lubili jeździć "po dużej", mijali się co chwile, obaj "szli" niesamowicie...Choć bieg wygrał Tomek Gollob, to biegu tego chyba nigdy nie zapomnę. Czy żużlowy fanatyzm w Zielonej Górze jest aż taki toksyczny? Chyba jednak nie...Trener Żyto chce zostać, PePe podpisał "dożywotni" kontrakt, próśb o ciszę i mniejsze zainteresowanie nie słychać...Presja? No tak, ale lepsza dla zawodnika jest świadomość, że kilkanaście tysięcy ludzi na trybunach zdziera gardła chcąc jego (tego zawodnika) zwycięstwa, czy też lepsza jest świadomość, że jak przegra to i tak bez znaczenia, bo jeździ tylko dla siebie? Sportowiec potrzebuje dopingu, wie jak to niesie. Sportowiec wie także, że mentalność kibica jest taka a nie inna. Raz jest chwalony a raz mieszany z błotem. Choć wszyscy wiedzą, że tak być nie powinno to jednak tak było, jest i zawsze będzie. Nie tylko w sporcie. Myślę, że nie istnieje żużlowiec, który mając do wyboru stadion w Zielonej Górze i taki jak np. w lidze angielskiej wybrałby Anglię.
Lorek? Mam wrażenie, że ten Pan wstydzi się swojego pochodzenia, a Falubaz uznaje za najgorszą drużynę zawsze życząc mu przegranej. Tak przynajmniej wynika z komentarzy owego w telewizji jak i w GL. Choć muszę przyznać, że od dłuższego czasu nie czytam tej części GL. Zdecydowanie bardziej wolę teksty Marcina Łady, który potafi przynajmniej rozbawić zdaniami typu "(...)"PePe" już nie rozstawia rywali po KONTACH" :) ..... :).....walutowych czy oszczędnościowych? :) (dla dociekliwych: 25.08.10, s. 16. )
Częścią "religii" (wg Lorka "złej religii" w Zielonej Górze jest pamięć. Nie tylko o sukcesach i porażkach, ale także o tych, którzy "magię Falubazu" zabrali na niebiańskie tory.

Milena
Milena pt., 2010-08-27 15:10

Lud czcił mistrza na "arenie"

Lud czcił mistrza na "arenie" gdy zdobywa punkty i okrążenia....oby ten sam lud nie zapomniał o mistrzu, gdy już go nie ma między nim i o tym jakich dostarczał wrażeń i emocji....

ErikO
ErikO pt., 2010-08-27 23:39

Coś się skończyło.....

Wspominam go do dziś, bardzo często. Zastanawiam się dlaczego tak się stało? Miał w sobie boży dar. Oglądało się go wspaniale. Dla mnie Rafał zawsze był bohaterem. Podziwiałem go. Kibice go kochali. Te młodzieńcze chwile spędzone na stadionie nie mogą pozostać w mojej pamięci bez niego. Bogowie umierają młodo...... dziwne, ale chyba prawdziwe.......Nie poznamy już prawdy. Od tamtej pory rzadko bywam na meczach. Coś dla mnie się skończyło.....To już nie to. Kogoś brakuje.....