Piątkowy wieczór w Zielonej Górze
Umówiłem się, więc, ze znajomymi, że dzisiaj wychodzimy na miasto. Choć humor dopisywał to zapowiadane w prognozach ochłodzenie jakoś nie chciało się zjawić. Niestety miało to rzutować na cały nasz piątkowy wieczór. Rozpocząłem od spotkania z redakcyjnymi kolegami w niewielkim lokalu koło studia tatuażu przy pl. Bohaterów Westerplatte. Chłopaki już byli na miejscu, więc aby nie tracić czasu, czym prędzej udałem się do baru, aby zamówić piwo i dołączyć do rozmowy w ogródku. - Poproszę 4zł - powiedziała bardzo miła barmanka inkasując należność i wprawiając mnie od razu w dobry nastrój. Cena zaiste niewygórowana jak za bursztynowy napój w środku miasta. Niestety jak się później okazało nie było już tak różowo. Piwo, co prawda tanie okazało się mieć temperaturę letniej zupy. Nasz ogródek niezbyt dokładnie osłonięty wystawił nas na działanie promieni słonecznych. Po dwóch godzinach byłem już tak wymęczony, że pomimo bardzo ciekawych tematów rozmów w myślach układałem tylko plan ucieczki z tego miejsca upalnej kaźni. Widać nie ja jeden, ponieważ niezbyt wielu klientów odwiedziło to miejsce pomimo bardzo fajnej obsługi oraz niezwykle oryginalnego żyrandola, który wisi we wnętrzu lokalu.
Nie czekając na wyparowanie ze mnie wszystkich sił salwowałem się ucieczką do jednego z najpopularniejszych obecnie miejsc na deptaku - ogródka żywca. Zaraz po przekroczeniu jego progu uderzył mnie gwar oraz hałas zgromadzonych tutaj licznie zielonogórzan. Po odnalezieniu stolika znajomych wraz z wspomnianym wcześniej kolegą, który był inicjatorem dzisiejszego spotkania ruszyliśmy szturmem po jakiś napój na ochłodę. I tutaj niemiła niespodzianka. No tak mogłem się tego spodziewać, kolejka jak za czasów PRL-u, dobrze przynajmniej, że chociaż było, co kupić. Staliśmy chyba z pół godziny ale było warto, w końcu udało mi się skosztować odpowiednio schłodzonego złotego trunku. Tak, tutaj skrywając się w cieniu pod parasolkami mogło być miło. Ale niestety nie było. Zaraz z nami siedziało nieciekawe towarzystwo. Lekko już podchmielona rodzinka z bardzo małą dziewczynką. Ich pociecha nie miała towarzystwa i ewidentnie bardzo już była zmęczona siedzeniem w upale i oglądaniem jak rodzice, babcia oraz ciocia piją piwo. Kiedy powiedziała, że boli ją brzuszek jej mama zaproponowała żeby zjadła chipsy. W końcu zaczęła płakać. - Jak będziesz dalej taka niegrzeczna już nigdy nie dostaniesz lodów - skarciła ją babcia. W końcu jej ojciec się ulitował, wziął ją na ręce i zabrał do domu. Nie miałem już dalszej ochoty tam siedzieć.
Postanowiliśmy wybrać jakiś zamknięty lokal. Z racji odległości padło na pijalnię Warki. Słyszałem, że były Blues Express bardzo się zmienił, podobno na lepsze. Owszem wyglądem wystroju być może zyskał natomiast wysokie ceny i brak klimatyzacji nie zachwyciły. Ponadto mam wrażenie, że schodzą się tam, co najmniej podejrzane typy. Białe skarpety, sandały, ogolona głowa oraz wielkie karki to już standard w polskiej rzeczywistości ale jeszcze nie spotkałem się przy barze z takim lustrowaniem mojej osoby z góry do dołu, szczególnie, kiedy wyciągnąłem portfel i płaciłem. Ogólnie nic specjalnego w pubie się nie działo. Najciekawszym elementem była plazma z meczem rugby, w który większość klientów wpatrywała się mętnie sącząc powoli swoje zamówienia. Szczerze? Miałem już jak na jeden wieczór dość. Wraz ze znajomymi postanowiliśmy aby nie marnując czasu przenieść się do kogoś do domu. I muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Natomiast, co do spędzania wieczoru w mieście to jeszcze się nie poddaję. Chyba miałem pecha. Następnym razem na tapetę pójdą inne lokale.




























Kontakt:
Heh, dobre...
Może po następnych cenzurkach, będzie można zrobić np. mapę lokali, przyznając im gwiazdki jak w hotelach. Byłaby fajna topografia do wykorzystania przez MM-kowiczów.
O o o ...
Smażalnia, zacne to miejsce, a i piwo zimne i tanie na dodatek. Zapraszam serdecznie po pracy. Mają nawet Lubuskie, a właściciel Pan "Dziadzia" jest wspaniałym człowiekiem i piwko nawet pod nosek podstawi. Ominąć nie można też Staszka zwanego Centralą lub Papa Pizzą, choć tam menelstwo i pijane gówniarstwo czasem się zdarzy. Proponuję także Centralę Rybną, gdzie nie dość, że cieplutkie smakołyki (rybki, pierożki, sałatki, gołąbki) zjeść można, to i złotym trunkiem w cenie sklepowej się radować także.