drukuj

O syndromie kopniętego kota, czyli że złość jest jak śniegowa kula

Kot ma najgorzej

fot. sxc.hu/milspa

Świetny tekst MM-kowiczki rodorek z mmgorzow.pl traktujący o tym, jak mała złość zaraża po kolei różnych ludzi, powiększając się i dotykając coraz więcej ludzi pojawił się w środę. Takie teksty chce się przeczytać z rana, więc zapraszamy.

Każdego dnia odreagowujemy swoje stresy i nieprzyjemności na różne sposoby, tworząc tym samym łańcuch ludzkich reakcji. Negatywnych reakcji.

Ostatnio, czekając w kolejce do lekarza, byłam świadkiem takiej scenki. Dwie kobietki, na oko około trzydziestki rozmawiały ze sobą o swoich problemach. Nie... nie zdrowotnych. Jedna żaliła się na trudną sytuację w pracy. Że szef narwaniec, że czuje się wykorzystywana, bo ze strachu przed utratą pracy godzi się na wiele, co z kolei obniża jej poczucie własnej wartości. W tym czasie kiedy rozmawiały, synek tej narzekającej zaczął się niecierpliwić. Szarpał mamę za rękę, próbując wyegzekwować pieniądze na gorącą czekoladę z automatu, który stał na korytarzu. Mama nie zwracała uwagi zajęta swoim wylewaniem złości, ale po kolejnym szarpaniu za jej rękę ostro zareagowała.
Mały się nabzdyczył, odszedł kawałek i porządnie kopnął w ścianę. I wtedy przypomniałam sobie o... kocie. Czytałam kiedyś jedną z książek Ziga Ziglera, w której między innymi opowiada o takich sytuacjach – nazywając je syndromem kopniętego kota.

Właściciel firmy, nazwijmy go: pan B, nie był zadowolony z obrotu sprawy w swojej firmie. Zwołał zebranie, na którym motywował pracowników do jeszcze lepszej i wydajniejszej pracy. Na pierwszy plan poszli spóźnialscy i ci, którzy wychodzą z pracy przed czasem.

- Ponieważ sam powinienem dawać dobry przykład, będę przychodził do pracy pierwszy, a wychodził ostatni – powiedział.

Kilka dni po zebraniu, podczas lunchu w klubie, spotkał znajomego. Rozmowa pochłonęła go tak bardzo, że dosłownie na ostatnią chwilę wskoczył do samochodu, by zdążyć na czas do firmy. Znacznie przekroczył prędkość i został ukarany przez policjanta mandatem i punktami karnymi. Po powrocie do biura, żeby odwrócić uwagę od swojego spóźnienia wezwał swojego zastępcę i zapytał ze złością o szczegóły sfinalizowania ostatniej umowy. Zastępca powiedział, że do umowy nie doszło i próbował wyjaśnić przyczyny. Pan B wciąż był wściekły za ten mandat, nagadał zastępcy wiele przykrych rzeczy, nie omieszkując przypomnieć, że to on go zatrudnił i on może go zwolnić.

Zastępca wstał bez słowa i wyszedł z gabinetu, mamrocząc pod nosem: - Coś podobnego, tyle lat wypruwam żyły dla tej firmy i takie podziękowanie. - Po powrocie do swojego biura zastępca wezwał sekretarkę i zapytał, czy skończyła pisać te listy, które podyktował jej rano. Nie skończyła, bo przyjechał jakiś ważny kontrahent i była zajęta przygotowanie umowy. Zastępca był wściekły, kazał jej te listy napisać natychmiast, a przy okazji przypomniał jej, że nie jest niezastąpiona, że jak sobie nie daje rady, to znajdzie się ktoś, kto ogarnie to wszystko.

W sekretarkę jakby grom strzelił, wybiegła z pokoju, mówiąc głośno do siebie: - Niesamowite! Od siedmiu lat tyram jak dziki osioł, setki godzin przepracowałam extra i nigdy nie dostałam za to złamanego grosza. A teraz on śmie mi grozić wyrzuceniem! - Po powrocie do swojego biuro chwyciła część listów będących jeszcze w rękopisie i wpadła do centralki telefonicznej ze słowami skierowanymi do zaskoczonej operatorki: „Mam tu kilka listów do przepisania. Wiem, że to nie należy do pani obowiązków, ale i tak nie ma pani nic do roboty oprócz siedzenia."

Operatorka centrali oniemiała z wściekłości: - Co za bezczelność! To ja najciężej ze wszystkich pracuję, a najmniej zarabiam...

Chcesz przeczytać całosć artykułu gorzowskiej MM-kowiczki rodorek?
Syndrom kopniętego kota

Zdjęcia

  • Kot ma najgorzej
Serwis MM Zielona Góra powstał po to, abyśmy jako mieszkańcy Zielonej Góry oraz powiatu zielonogórskiego mieli własną przestrzeń, w której możemy opublikować artykuł, poinformować innych o ciekawym wydarzeniu. Jest to portal zielonogórzan, tworzony przez nich samych! Możemy tu pisać artykuły, dodawać galerie zdjęć, informować o spotkaniach czy imprezach. Charakteryzuje nas mikro-lokalność, więc śmiało informujmy się nawzajem o wszystkim, co nas dotyczy i o tym, czym żyjecie Wy, Wasi bliscy lub czym żyje cała Zielona Góra: dziurach w osiedlowej drodze, udanym spotkaniu lokalnego stowarzyszenia, świetnych urodzinach, imprezie w pobliskim pubie, wypadku w centrum miasta. Teraz każdy z nas może być dziennikarzem, dzięki MM Zielona Góra łatwo dotrzemy do rzeszy odbiorców, a materiały z tego serwisu będą trafiały również na łamy Gazety Lubuskiej oraz do serwisu gazetalubuska.pl. Jeśli potrzebujesz pomocy, podpowiedzi – jesteśmy do Twojej dyspozycji. Bądźmy w kontakcie! Zespół MM Zielona Góra Magda Weidner (mweidner@gazetalubuska.pl) Anna Szmytkowska (mszmytkowska@gazetalubuska.pl)
Redakcja MM
Autor:Redakcja MMgg: GG12918332 lub 6947306

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Lucyna
Lucyna czw., 2011-09-15 11:55

Tak , przeczytałam . Nic

Tak , przeczytałam . Nic odkrywczego to tam nie ma. Autorka streszcza opowiadanie , bardzo niewiele jest tam jej własnych przemyśleń. Tak zachowuje się każdy z nas i choć wstydzimy się tego to jest silniejsze od nas. Niby dlaczego tak często słyszeliśmy w dzieciństwie " ucz się" od "wnerwionych" rodziców. i co, każdemu zdarza się warknąć na własne dziecko "ucz się" jak dostanie kopa od szefa. Moja metoda jest prosta: w pracy może lepiej powiedzieć " stary zejdź mi z drogi , bo jestem jak bomba zaraz wybuchnę " a dziecku "przepraszam , wybacz czasem nawet "starym" do kopią i wtedy gada się byle co". Trudne a no trudne ale może warto spróbować.

Lucyna
W66
W66 czw., 2011-09-15 23:21

Taa

Wysoko ceniona jest umiejętność odnalezienia balansu między porannym wsadzeniem stópki w kapcie a wieczornym zasadzeniem kopa kotkowi. Niełatwe ale warte zachodu starania nad kontrolą żółci która zbiera się w obecnych czasach w człowieku. Naukowcy wykazali że złość i stres niszczą człowieka bardziej niż papierosy. Nie wiem ile jest prawdy w powiedzeniu "złość urodzie szkodzi" ale stawiam na "podcinanie gałęzi na której się siedzi".
Próbować zawsze warto