Nasza cudowna służba zdrowia, czyli z cyklu: tortury po polsku (II)
Na początek trochę o drugim świecie.
W Stanach Zjednoczonych przez długie lata istniał system ubezpieczeń dowolnych – pracuję, opłacam składkę w prywatnej firmie, w razie wu – ona opłaca za mnie koszta leczenia. Stąd można np. pracownika kusić lepszym ubezpieczeniem... Całość wygląda jak u nas, podczas ubezpieczenia mieszkania od zalania. Więcej składasz – więcej masz w razie czego.
Niestety – nie każdego stać na takie coś, więc gdy biednemu i nieubezpieczonemu dzieje się krzywda, wieziony jest do darmowego szpitala z bardzo podstawową opieką zdrowotną, a za pomoc takiemu lekarz z dobrej kliniki w razie czego sam musi zapłacić (podatki itp., od kosztów usługi).
Prezydent USA Barrack Obama kusił swych wyborców (jeszcze podczas kampanii prezydenckiej) fantastycznym pomysłem: wyobraźcie sobie, że każdy jest ubezpieczony! Wyobraźcie sobie, że każdy – gdy jest chory – może iść do lekarza, nie bojąc się, że nie będzie go stać na leczenie (a zwłaszcza opłacenie kosztów usługi medycznej)!
Można by sparafrazować Martina Lutra Kinga, że Obama powiedział Amerykanom: Miałem sen, w którym widziałem, jak każdy Amerykanin, bogaty, czy biedny, może się leczyć!
Szkoda, że Obama nie miał snu, w którym podczas przebywania incognito w znanym nam wszystkim z codzienności, sporym, europejskim kraju, który zawsze był przyjacielem USA, zabolał go ząb. Albo po prostu źle się poczuł.
A jak tam ze służbą zdrowia w Polsce?
W Polsce mamy obowiązkowe i powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Każdy pracujący ma odciągane ze swej pensji pieniądze na ewentualne pokrycie kosztów leczenia. W 2009 roku wynosiło to 9 proc. A zatem zarabiając brutto 1700 złotych (a na rękę dostając 1250 z groszami) płacimy 132 złote i dwa grosze składki na ubezpieczenie zdrowotne. Czyli co miesiąc możemy chorować (i nie tylko chorować) za 130 złotych (koszty leczenia w sensie: prąd gaz i cokolwiek użyte podczas badań, płace pracowników służby zdrowia, koszty leków i artykułów medycznych (strzykawki, kubeczki plastikowe), pranie prześcieradeł, utrzymanie ratownictwa medycznego, paliwo do karetek, telefony, posady dla menedżerów i księgowych, koszta utrzymania siedzib NFZ, koszta wybudowania nowych etc.).
Wydaje się, że to sporo. Przecież nie chorujemy co miesiąc, prawda? Ale system polega na tym, że za młodu, gdy nie chorujemy, jak gdyby odkładamy pieniądze na nasze leczenie wtedy, gdy zaczniemy chorować poważnie. Koszty operacji, zabiegów, długotrwałego leczenia (choćby chemioterapii), czy takich przeszczepów choćby są ogromne. Jeśli zepsujemy sobie serce lub wątrobę i NFZ nam ją wymieni, to na pewno nie odłożyliśmy sobie na tę operację z naszych składek (przeszczep serca – 105 tys. zł., przeszczep wątroby – 172 tys. zł., dane: skladak.jaw.pl, za Krajowym Konsultatnem ds. Transplantologii, w koszt wliczone jest pobranie narządu, zabieg i miesięczna opieka po operacji).
A zatem jasnym już jest, że bezpłatna służba zdrowia to specyficzny wynalazek. Deficytowy, jak jasna cholera.
Raczej nigdy nie odłożymy sobie w NFZ na porządną operację. Raczej niewielu jest takich ludzi, którzy odłożą piękne sumki nie chorując, a potem zejdą z tego świata, oddając Państwu za darmo swe składki zdrowotne. Raczej niewielu z nas będzie zdrowymi ludźmi w wieku 60-70 lat. No to wychodzi, że pomysł bezpłatnej służby zdrowia jest pomysłem... socjalistycznym. Wszystkim po równo i sprawiedliwie, ale kompletnie bez głowy. Służba zdrowia zżera pieniądze, inaczej nie mogłaby wykonywać swych obowiązków.
Nie stać jej na zrobienie Ci operacji. Bo za mało odłożyłeś. Ale Ci ją zrobi – bo Ci się należy. Ktoś musi za nią zapłacić. Kto?
TY!
W jaki sposób? Ano w podatkach choćby – każda zapomoga dawana przez Państwo z podatków na NFZ to przecież oddawanie Twoich pieniędzy. Każda pożyczka zaciągnięta w banku komercyjnym przez szpital obciąża Ciebie, bo spłatą wspomoże Państwo – więc Ty. Każda większa tragedia – więc więcej karetek, więcej sprzętu, więcej lekarzy, więcej roboczogodzin, więcej zużytego prądu – powoduje, że będziesz musiał zapłacić więcej. Polaku...
Ale to jeszcze nie wszystko. Przejdźmy do meritum. Załóżmy, że chcemy się leczyć. Boli mnie ząb. Chcę go wyleczyć. Jakie mam alternatywy?
Miłe złego początki, czyli za tortury najlepiej zapłcić z własnej kieszeni
- Jeśli jestem ubezpieczony, za darmo mogę pójść do stomatologa, który w ramach NFZ mnie zbada. Powie mi, że chory jest ząb trzonowy, trzeba czyścić kanały. Czyszczenie kanałów nie jest objęte ubezpieczeniem, więc albo pieniądz, albo ząb.
- Jeśli jestem ubezpieczony, mogę wyleczyć tego zęba PRYWATNIE i ODPŁATNIE.
- Jeśli nie jestem ubezpieczony, gdy ząb mnie boli, za darmo stomatolog zobowiązany jest zajrzeć mi do japy. Zobowiązany jest mi wyrwać ząb, jeśli mnie on boli. I nic więcej.
- Jeśli nie jestem ubezpieczony, mogę wyleczyć tego zęba PRYWATNIE i ODPŁATNIE.
Ciekawe, prawda?
Idźmy dalej.
Klątwa polskiej służby zdrowia, czyli polska tortura numer jeden - czekać, czekać, czekać...
Jestem ubezpieczony. Mam kłopot ze stawami. Bolą mnie. Mogę zatem pójść po skierowanie do swego lekarza rodzinnego. Ten w ramach ubezpieczenia nie dość, że za darmo mi takie skierowanie może wystawić (ale nie musi), to nawet może być miły.
To skierowanie umożliwi mi wybranie się do lekarza ortopedy. Za darmo. Ów lekarz ortopeda może mnie za darmo przyjąć. Zatem mogę się wybrać do owego ortopedy i zapisać w kolejce (wszak takich jeleni, jak ja, co wierzą, że jeśli płaca składkę zdrowotną, to za darmo się wyleczą jest mnóstwo, a lekarz za darmo przyjmuje tylko kilka godzin i nie w każdy dzień – wszak NFZ nie płaci mu za to kokosów).
Zapisawszy w kolejce czekam. Na przykład dwa tygodnie. Albo miesiąc. Albo dwa. Zależy, jak lekarz jest obłożony (jeśli dobry – to jest obłożony). Jeśli to poważniejsza sprawa to trzeba się wybrać na badania. Np. Rezonans magnetyczny. Za darmo, to ze skierowaniem. Ale trzeba czekać. Bo za darmo, to jest już cała kolejka osób przede mną. Jak już mamy badania, to trzeba czekać na wizytę u lekarza ortopedy. Ten wreszcie stwierdza, że trzeba nam wykonać zabieg. Jeśli za darmo, to zapisujemy się w kolejkę i czekamy, bo przecież chętnych do wykonania zabiegu za darmo, w ramach ubezpieczalni, jest mnóstwo. Gdy w końcu dochodzi do czasu wykonania zabiegu, może się okazać, że nie zostanie on przeprowadzony, bo w tym czasie nastąpiły takie zmiany w moich stawach, że trzeba ponownej konsultacji lekarskiej. Po prostu za dużo czasu minęło.
Za długo czekałem...
Jeśli jestem ubezpieczony i nie żal mi pieniędzy, mogę to wszystko wykonać odpłatnie. Wtedy mogę iść od razu do ortopedy PRYWATNIE, na rezonans PRYWATNIE i na zabieg PRYWATNIE. Szybko. Bez problemu. Bo prywatnie zawsze ktoś ma dla nas czas. Nigdy nie jest zajęty.
Jeśli nie jestem ubezpieczony, wszystko to, o czym napisałem o darmowym leczeniu mi nie przysługuje. Ale jeśli mam pieniądze, mogę zrobić to samo, co ubezpieczony za pieniądze – wyleczyć się szybko, bezproblemowo i kosztownie.
Ergo – jeśli jestem ubezpieczony i żądam od państwa tego, by wyleczyło mnie za darmo, mogę tego NIE DOŻYĆ. Jeśli mam pieniądze – mogę się wyleczyć bez problemu.
Dlaczego Amerykanie chca tak, jak mamy my, a my chcemy tak, jak mają oni?
Wiecie.. Parafrazując Martina Lutra Kinga –
- miałem sen, w którym widziałem, jak płacę tę stówę, czy nawet dwie stówy co miesiąc na prywatne, porządne ubezpieczenie. Takie, w którym przychodzę i lekarz ma dla mnie zawsze czas. Takie, w którym do lekarza przyjdę z byle pierdołą – dlatego, że dbam o siebie. W tym śnie jeśli muszę się przebadać – idę do swego kompleksu lekarskiego i tam badam się jeszcze dziś, lub najpóźniej jutro. Jeśli muszę wykonać jakiś zabieg, to dziś się mnie bada, jutro się mnie przyjmuje na oddział, pojutrze zabieg, a za tydzień jestem zdrów i skaczący. Bo mnie dopilnowano.
W tym śnie jeśli trzeba mi przeszczepić serce, to sprawa idzie szybciutko. Nie muszę uderzać do mediów o pomoc finansową. Ja płacę – ja wymagam.
Tak. Miałem sen, że płacę i jestem zabezpieczony przez daną firmę. Bo firmie zależy. Bo umie gospodarować zarówno moimi pieniędzmi, jak i własnymi usługami.
Miałem sen, że jestem ubezpieczony w Stanach Zjednoczonych.
Dziwi mnie sen, że Barrack Obama miał sen, że jest ubezpieczony w Polsce...
No tak. Ale jego stać, by wszystko załatwić odpłatnie, POMIMO ubezpieczenia... Polaku - nie choruj. Albo lecz się sam...
* * *
Niniejszy tekst nie stanowi ataku na NFZ. Podane w nim przykłady są fikcyjne i nie odnoszą się do żadnych realnie istniejących lekarzy czy placówek. Tekst może zawierać informacje niepełne lub mylne – jako że jest subiektywnym spojrzeniem na sprawę a autor nie miał zamiaru rzetelnie przedstawić tematu, a ironicznie i nieobiektywnie – w formie felietonu – lekko go „nadgryźć", zachęcając czytelników do dyskusji.
Artykuły z cyklu: „Tortury po polsku" - mają w krzywym zwierciadle uwypuklić pewne nasze narodowe przypadłości – zarówno nas, Polaków, jak i Polski – kraju, którego jesteśmy obywatelami. Zachęcam do zgłaszania propozycji na następne felietony z cyklu: „Tortury po polsku".


























Kontakt:
Nigdy jeszcze nie widziałem
Nigdy jeszcze nie widziałem człowieka leżącego na ulicy i wołającego "służby zdrowia, służby zdrowia!". Chory potrzebuje lekarza, pielęgniarki, a nie armii urzędników w Warszawie, na poziomie województwa itd. Z każdych 100 złotych składki, z 40 złotych idzie na biurokrację. Opieka zdrowotna w Polsce powinna zostać całkowicie sprywatyzowana, a ubezpieczenia muszą być DOBROWOLNE. Obecnie chce się prywatyzować szpitale i pozostawić PRZYMUS ubezpieczeń w NFZ. Będąc właścicielem szpitala będę zlecał jak najwięcej zbędnych badań, bo przecież i tak państwo zapłaci. Prywatne towarzystwo ubezpieczeniowe w takiej sytuacji podziękuje mi za współpracę. Prywatna "służba zdrowia" jest TAŃSZA od państwowej, ponieważ nie ma kosztownych pośredników. Dodatkowo konkurencja sprawia, że poziom jakości leczenia rośnie, a jego koszty maleją.
W Filharmonii jest Walne Zebranie lekarzy "Porozumienie Zielo
nogórskie". To jest wyczucie chwili? Laurka? Czy może zemsta?
...
Obojętnie co by było to tekst akceptuję bo poprawny życiowo. Daję czwórkę (aby nie przesłodzić)
Potwierdzam
co z tego że można leczyć się za darmo na NFZ - dożyj do spotkania z lekarzem. Np. z psychologiem, o czym tu pisałem: http://www.mmzielonagora.pl/artykul/jestes-w-depresji-i-szukasz-pomocy-p...
...
a zęby lepiej leczyć prywatnie... coś co trzeba byłoby z zębami zrobić (plomba np.) trzeba czekać miesiąc (a trzeba jak najszybciej).
He he he...najwyraźniej
He he he...najwyraźniej musimy się dokształcać medycznie by w nagłych wypadkach samamu udzielać sobie pierwszej pomocy!
*Powinniśmy odbyć jakiś kurs z zakresu chirurgii ogólnej, na przykład gdy będziemy mieli rany cięte powinniśmy je umieć ładnie zacerować. Bez pomocy służby zdrowia. Tu taki przykład mam (wczoraj znajoma mi opowiadała), jej mąż przeciął sobie rękę bodajże piłą spalinową (krew się lała, mięsko na wierzchu) został zawieziony do szpitala, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy, po stwierdzeniu, że nic nie zagraża jego życiu (czyli wykrwawieniu się) podziękowano mu nawet nie zszywając rany - BO NIE BYŁ UBEZPIECZONY (pracował nielegalnie i nie był zarejestrowany w urzędzie pracy)...Chirurg powiedział, ze jeśli chce mieć ładnie zaszytą ranę to musi zapłacić...
*W razie złamania kończyny dolnej lub górnej powinniśmy umieć gipsować, mały kurs w pracowni ceramicznej w celu nabrania sprawności w posługiwaniu się materiałem lepkim he he he...
*Mały kurs w hucie szkła, przydatny w okulistyce, gdy stwierdzimy że z naszym wzrokiem jest gorzej umiejętność wydmuchania sobie "denek słoikowych" bardzo się przyda bo te na NFZ prawie niczym sie nie różnią, a gdy chcemy lepsze to i tak zapłacić pewnie trzeba grubszą kasiorkę.
*I na koniec mój ulubiony kurs medycyna eksepymentalna, czyli powrót do korzeni dosłownie. Lub jak kto woli ziołolecznictwo eksperymentalne, bowiem miejska roślinność zapewne zmutowała się przez lata bytności przy trasach szykiego ruchu. Zbieranie mleczyków (ostatnich w tym sezonie), jaskrów, mięt i innych "chwastów" na bóle reumatyczne, zaparcia, bóle żołądków, nerek i innch organów.
Polak zdolny...każdy to wie, wyleczyć się sam też potrafi :D
właściwie...
@Milena:to i życie kończy się powrotem do korzeni... dosłownie...
A mój mąż na lek na wszystko
A mój mąż na lek na wszystko nawet nie pyta co boli , wystarczy,że boli.
Jak boli to na pewno pomoże ALTACET=)))
A ja słyszałem, że
@Lucyna:A ja słyszałem, że uniwersalnym lekiem jest rycyna, Np. na przeziębienie, Spróbuj wtedy kichnąć,
Miejmy nadzieję, że coś się
Miejmy nadzieję, że coś się zmieni, Chyba należy zmienic system. Dam przykład. Żeby iść do urologa muszę mieć skierowanie. Następnie specjalista kieruje na badanie i z wynikiem idę jeszcze raz. Lekarz rodzinny nie ma prawa wystawić skierowania, żebym z wynikiem mógł iść do specjalisty, W związku z czym innym muszę zabrać miejsce a inni robią to wobec mnie, A wystarczyło by żebym mógł sobie raz w roku zrobić badania bez skierowania i załatwił sprawę w czasie jednej wizyty, albo po obejrzeniu wyników zrezygnował z wizyty,