Marzenia sięgały Bornholmu
- Jak to się właściwie wszystko zaczęło?
- Przyjechałem po wojnie na ziemie odzyskane z Lwowa. Pociągało mnie latanie, więc zapisałem się do szkoły szybowców w Droszkach. Wkrótce potem poznałem Jerzego. Dobrze się rozumieliśmy, więc nie było dziwne, że nasza przyjaźń w szybkim czasie się rozwinęła. Pamiętam, że wtedy około roku '47 po raz pierwszy zaczęliśmy mówić i myśleć o tym, że nie podobają nam się zmiany, jakie zachodzą w państwie. W głowie Jerzego powoli kiełkowała myśl o ucieczce.
- Bardzo szybko panowie zdali sobie sprawę z ułomności systemu
- Każdy z nas był wychowany w innym duchu. Ale obydwoje byliśmy patriotami. Mój tato był Piłsudczykiem. Z domu wyniosłem takie pojęcia jak honor, ojczyzna i niezawisłość. PRL nie był dla wszystkich. Z mojej strony zaginął wujek i brat, wywieźli ich na Sybir. Jerzy miał rodzinę pilotów z Krakowa.
- To dzięki temu wymyśliliście plan jak to ma się odbyć?
- Obydwoje interesowaliśmy się lotnictwem. Jerzy został w pilotem, miał być instruktorem w Kobylnicy. To było częścią planu. Aby porwać samolot musieliśmy mieć jakoś do niego dostęp. To nie taka prosta sprawa. Zakładaliśmy, że użyjemy polskiego RWD. Przyjaciel zdobył zaufanie pracowników lotniska, jako prawy obywatel Polski Ludowej. Było to konieczne, ponieważ musieliśmy całkowicie zatankować bak, obejść strażników i pilnujących oraz uzyskać w tajemnicy klucze do hangaru. Mieliśmy wystartować z Poznania i wylądować na Bornholmie, lot trwałby od 8 do 10 godzin. W międzyczasie trzeba było jednak zrobić jedno lądowanie, aby zatankować ponownie. Wybraliśmy pewne odosobnione miejsce w województwie Szczecińskim. Na polu. Tam miały czekać też ukryte zawczasu karnistry z paliwem. Zaczęliśmy przygotowania.
- Ale dlaczego właściwie Bornholm?
- Mieliśmy po prostu taką młodzieńczą fantazję. Do NRD nie chcieliśmy i w zasadzie też nie mogliśmy, bo granica była lepiej strzeżona. Bornholm wydawał nam się bardziej realny. Nigdy nie wątpiliśmy w to, że zostaniemy tam dobrze przyjęci. Nie baliśmy się. Wiedzieliśmy, że jesteśmy dobrymi lotnikami i damy radę.
- W końcu jednak nie udało się panu uciec.
- Niestety nie. To stało się dosyć niespodziewanie. Byliśmy dopiero w trakcie przygotowań, za wcześnie żeby jeszcze zacząć a ja dostałem powołanie do wojska. Nie mogłem nic zrobić. To było w roku '50. Wzięli mnie w kamasze i musiałem odsłużyć swoje. Kiedy wyszedłem ze służby Jerzego już nie było. Od znajomych i rodziny dowiedziałem się, że zrealizował nasz plan i uciekł.
- Czy kontaktował się jeszcze z panem?
- Oczywiście. Przez te wszystkie lata, kiedy był za granicą prowadziliśmy stałą korespondencję listową. To dzięki temu wiem jak to wszystko się odbyło. Spotkaliśmy się także w latach 80-tych, kiedy system się już rozpadał i Jerzy mógł z powrotem wrócić do Polski.
- No właśnie, a jak jemu udało się dostać na Bornholm?
- Kiedy mnie zabrali Jerzy wciągnął do spółki jeszcze dwóch znajomych. Jednego nie znałem, ale drugi to był Stanisław Ziemba. Razem zaczęli realizować to, co wcześniej wymyśliliśmy. Później przed samym odlotem okazało się, że przybyła jeszcze czwarta osoba. Stanisław miał przyjaciółkę, która zaszła z nim w ciąże. Postanowili, że leci z nimi. Specjalnie przełożyli jeszcze datę wylotu, aby dać jej czas na przygotowanie. Z tego, co wiem później pobrali się w Kanadzie i otworzyli zakład fotograficzny. Tym niemniej przełożenie daty startu okazało się bardzo szczęśliwym posunięciem. W dniu ucieczki panowały straszne zamglenia nad Polską. W jakiś czas po starcie zorientowano się, że coś jest nie tak. Zaczęto ich szukać. Wychwyciły ich radary i wysłano samoloty, aby sprowadziły maszynę na ziemię. Jerzy opowiadał, że bardzo się bali. Słyszeli, jak co jakiś czas przelatuje coś koło nich, ale mgła stanowiła doskonała osłonę. Nie można było dostrzec samolotu. To ich ocaliło. Kiedy dotarli nad Bałtyk poczuli się wolni. Niestety przedwcześnie. Silnik był już stary i zaczął tracić moc. Trzeba było szybko coś zrobić albo rozbiją się w morzu. Wyrzucili, więc wszystkie swoje rzeczy i bagaże do wody, aby go trochę odciążyć i jakoś dotrzeć do wyspy. Przy mniejszym obciążeniu jakoś się udało. Nad samym Bornholmem bezbłędnie znaleźli lotnisko i wylądowali. Powitano ich z otwartymi ramionami.
- Jak władza w Polsce zareagowała na porwanie samolotu i ucieczkę?
- Zaczęły się prześladowanie oraz przesłuchania rodziny i znajomych. W tym miejscu muszę podziękować rodzinie Jerzego, że pomimo zerwania kontaktu nigdy nie poinformowali policji ani służb bezpieczeństwa o naszej zażyłej znajomości oraz planach. Dzięki temu uratowali mi życie. Wiem też, że było im trudno, represje ich nie ominęły. Matka oraz siostra Jerzego straciły willę na Braniborskiej. Władza była oczywiście wszystkim oburzona i żądała wydania uciekinierów na szczęście jednak pozwolono im zostać. Do Polski zwrócono tylko uprowadzony samolot, co było bardzo wymownym gestem w tamtych czasach.
- Czy nie czuje pan żalu, że Jerzemu się udało a pan został za żelazną kurtyną?
- No cóż, takie jest życie. Zawsze się przyjaźniliśmy i ucieczka nic nie zmieniła w tej kwestii. Po prostu zamiast rozmawiać musieliśmy pisać do siebie listy. Mieliśmy jeszcze wspólne plany i projekty. Życie samo wszystko zweryfikowało.
- Dziękuję
Wacław Górecki prowadzi zakład naprawy RTV w Zielonej Górze. Był szybownikiem, w latach '62-64 należał do zarządu aeroklubu w Przylepie.



























Kontakt:
Spektakularną ucieczkę mamy i w młodszej historii. :)
W 1983 r. Jan Zytka i Mieczysław Szejna uprowadzili z Przylepu samolot AN2.
Gdzieś pod Nowogrodem siadali na polu i zabierali rodzinę.
Kilka lat wcześniej pewnie by ich zestrzelili nad granicą,
po stanie wojennym już były "inne czasy" w sięganiu po broń.
Jana znałem pobieżnie, można powiedzieć przelotnie,
w końcu był pilotem, zawodowo taksówkarzem. :))
Z jego żoną pracowałem.
Pamiętam jak starała się sprzedać z domu wszystko
co miało jakąś wartość, tłumacząc, że totalnie przemeblowuje mieszkanie.
bardzo ciekawa rozmowa
fajnie, że wreszcie można spokojnie o tym opowiadać .
A to, czy jest czego żałować to nigdy się nie dowiemy, ponieważ życie na obczyźnie ma również wiele minusów.