Jestem za!
Maksiu, to mój 2-letni synek. Przyszedł na świat w Zielonej Górze, ale skubaniec się nie pchał. Dlatego kiedy moja Sylwia dzień w dzień łaziła do szpitala z brzuchem wielkim, jak piłka lekarska, ja dreptałem za nimi. Rano KTG, wieczorem KTG - i tak przez cztery tygodnie.
Gdy mały dał pierwsze oznaki, że chce się wydostać, położyli mi ich w szpitalu. Tam parka spędziła kolejne trzy tygodnie. Dobra, to był wstęp (teraz zacznę się streszczać, bo... muszę kończyć, tak mało mam miejsca :) )
Krótko mówiąc swoje na porodówce spędziłem. Obsługa? Pielęgniarki nie dość, że ładne, to zawsze miłe i uśmiechnięte. Później, jak już kojarzyły mnie z twarzy, to nawet nie musiałem się specjalnie anonsować.
Po porodzie położne pomagały mi bardzo. Gdy nie wiedziałem, jak się za mojego bobasa zabrać, wszystko pokazały. Gdy przy pierwszej kąpieli byłem za delikatny, ochrzaniły konkretnie.
Tylko raz jedna pani mi podpadła, ale później się okazało, że wyszło mi to tylko na dobre. Przyszła pod wieczór i stwierdziła: - A pan to nie ma zamiaru pieluchy dziecku zmieniać? Jazda do roboty, przecież to pańskie! I tak się nauczyłem.
Powiem Wam jedno, drugi raz też będę rodził w Zielonej. Muszę tylko Sylwię przekonać. Dziś wieczorem biorę się do roboty.

























Kontakt: