drukuj

Google Wszechmogący

Google

Fot.: dullhunk, http://www.flickr.com/photos/dullhunk/3389581452/ licencja: CC-BY

Leczę się u dr Google’a – przeczytałam w liście czytelniczki do jednego z tygodników. Olśniło mnie: kurcze, przecież to też mój ulubiony lekarz.

Dlaczego? Bo o zaufanie do prawdziwych lekarzy dziś trudno, a nawet jeśli się im ufa, to nie można się na czas do nich dostać. Na czas, czyli wtedy, kiedy pomocy się potrzebuje. Kolejki i niekompetencja z domieszką korupcji to obraz służby zdrowia, który najczęściej rysuje się w mediach i w opowieściach ludzi. Bo też ludzie są tego obrazu bohaterem drugoplanowym, najczęściej niemym zbiorowym, choć czasem zyskują twarz – twarz bezsilności. To bezsilność i osamotnienie w walce o własne zdrowie sprawiają, że dr Google ma coraz więcej pacjentów – bez kolejek i refundacji NFZ.

 

- Córeczko, zabierz mnie do domu.. zabierz proszę… do domu – Annie drży głos, gdy opowiada o ostatnich chwilach matki. Helena leczyła się z nowotworu kilka długich miesięcy. Po serii chemii i naświetlań nastąpiła remisja. I to była dobra wiadomość, tyle, że Helena już nie doszła do siebie. Szwankowały nerki, nasiliła się cukrzyca, nogi odmówiły posłuszeństwa. Potem pojawiły się bóle w jamie brzusznej. Coraz silniejsze i silniejsze. Zaczęła się wędrówka po lekarzach. Przez długie tygodnie kolejnym gastrologom i ginekologom nie przychodziło do głowy, że może u pacjentki odnowiła się ciężka choroba. – Nie mam już siły – mówiła drżącymi ustami po kolejnych badaniach. Gdy znalazł się w końcu medyk, który postawił właściwą, choć bezlitosną diagnozę, było już za późno. 1 listopada Anna i Jakub postwili szklaną lampkę przy stosie wieńców z napisem „ukochana mama, babcia i teściowa”

 

Iza poszła do ginekologa. Czuła się trochę dziwnie, spóźniał jej się okres, pobolewały przydatki. Pani doktor, mająca opinię naprawdę niezłej, doświadczonej lekarki, zrobiła USG i orzekła – spory guzek na lewym jajniku. Trzeba zrobić biopsję. Izka przerażona przeryczała dwa wieczory, po czym poszła na konsultację do drugiego specjalisty. Zrobiła to, bo Adrian, jej mąż, prześwietlił Internet w poszukiwaniu opisu objawów i wypchnął ją, bo opisywane nie zgadzały się z tymi, które miała jego żona.  Dwuletni już dziś guzek, ma na imię Adaś i właśnie nauczył się mówić. – Mój nowotworek – żartuje czasem mama – Iza, choć minęło sporo czasu od diagnozy, nim nauczyła się z tego żartować.

 

Czułam się źle od kilku długich tygodni. Wzdęty brzuch, wieczne mdłości, bóle w jamie brzusznej. Trafiłam do mojej lekarki, do której mam zaufanie, bo nie przepisuje antybiotyków na katar, tylko stawia na naturalne metody. – opowiada Beata - Dostałam skierowanie na badania. Diagnoza brzmiała – bunt wątroby. Trzeba ją oczyścić i zregenerować. Na recepcie znalazły się specyfiki homeopatyczne, w które co prawda nie bardzo wierzę, ale nie są przynajmniej tymi w rodzaju „na to ci pomogę, ale zaszkodzę na wszystko inne”.

Tego samego dnia Beata trafiła do laryngologa, skarżąc się na wieczorne i nocne problemy z oddychaniem, przez co jest niewyspana i ma problemy z koncentracją w pracy. Dostała receptę – Czy to przypadkiem nie szkodzi na żołądek albo wątrobę? – zapytała – bo wie pan, internista przepisał mi leki osłonowe i oczyszczające…

- Nie wiem co pani przepisał internista. Trzeba to z nim skonsultować – usłyszała w odpowiedzi. Powlokła się zatem z powrotem, odczekała swoje i pokazała receptę. – A po co to pani? – zapytała internistka z bezbrzeżnym zdumieniem – Czy pani ma alergię? – Nie… - To są leki antyalergiczne, jeden z pseudoefedryną. Po tym dopiero będzie się pani źle czuła.

Beata zrezygnowała z kuracji. W wyszukiwarce wpisała hasło „dieta oczyszczająca wątrobę”, a na jednym z forów internetowych znalazła charakterystykę objawów podobnych do jej. Internauci pisali o przesuszeniu śluzówki: - Wypróbowałam polecane metody i śpię dobrze. Bez leków i bólu wątroby. Dzięki temu, że jeden lekarz poradził mi nie słuchać drugiego – podsumowuje z uśmiechem.

 

- Mój mąż mógł żyć – mówi Krystyna Kasprzak, wdowa po pechowym grzybiarzu, a zarazem bohaterka opowieści z morałem z sobotniego „Magazynu Gazety Lubuskiej” („GL”6-7.03.2010). Mąż najadł się grzybów, które wziął za kanie. Rodzina, podejrzewając zatrucie, znalazła w Internecie opis objawów i wcisnęła wydruk do ręki lekarzowi. Mimo tego, pacjent nie otrzymał odpowiedniej pomocy, a kiedy nadeszła było już za późno. Morał można sobie dopowiedzieć – nawet dr Google nie pomoże, kiedy musi się ścierać z dyletanctwem niektórych przedstawicieli służby zdrowia

 

Przyp. aut.: Tekst pokazuje wyłącznie przykłady negatywne, obrazujące tezę, co nie oznacza, że autorka piętnuje całą służbę zdrowia. Są, na szczęście Lekarze (przez duże „L”), którym dobro pacjenta leży na sercu i których wiedza nie sprowadza się jedynie do znajomości nazw antybiotyków. Tylko dlaczego wciąż słyszy się o nich mniej?

 

 

Zdjęcia

  • Google
Semi_Dry
Autor:Semi_Dry

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać