drukuj

Dziedzictwo Beuchelta

Zielona Góra (przed 1945r.)

źródło: niemiecki portal aukcyjny

Opowiadanie zdobyło wyróżnienie w konkursie literackim zorganizowanym przez ZKF "Ad Astra" pt. "Fantazje zielonogórskie".

las pomiędzy Grünberg a Groß-Lessen
noc z 26 na 27 kwietnia 1936 r.

Pod płaszczem nocy, pod którym skrył się przyzwoity świat i opuścił zasłonę wstydliwego milczenia nad niesprawiedliwością dziejową, idzie zdecydowanym sprężystym krokiem starszy wysoki mężczyzna. Ma na sobie oficerki z ostrogami i brunatny płaszcz, którego kolor jest ledwo dostrzegalny w poświacie księżyca. Za to dwie białe litery SA , stylizowane na błyskawice bielą się wyraźnie. Mężczyzna zmierza przed siebie, w jednej ręce trzymając anonimowy liścik, który otrzymał dziś rano z korespondencją, a w drugiej dłoni mocno ściska przygotowany do strzału pistolet Walther PP kaliber Browning. Choć bezpośrednio podlega mu oddział ponad dwustu żołnierzy gotowych na każde skinienie oddać życie za niego i za III Rzeszę, sam przemierza wąską drogę prowadzącą do miejsca, które mimo upływu lat, ciągle żyje w jego umyśle.

Dziś pragnie raz na zawsze uporać się z przeszłością, która po ponad dwudziestu latach znów go dopadła. Miał podstawy sądzić, że ma to już za sobą. Wiele ryzykował w czasie I Wojny Światowej, spekulując cenami lekarstw i żywności. Widział żołnierzy umierających w bólach za Kaisera, który dowodził wielką niemiecką armią, i który dopuścił się – o czym był przekonany – zdrady niemieckiego narodu. Początkowo, słuchając w radio sfrustrowanego malarza z Wiednia, nie wróżył mu politycznej kariery. Słowa rozgoryczenia i nawoływanie do walki wypowiadane przez Hitlera nie trafiały do niego, bogatego przedsiębiorcy, który kolejne lata spędzał w dostatku w posiadłości niedaleko Kassel. Dopiero kryzys początku lat trzydziestych, w czasie którego mężczyzna stracił cały majątek spowodował, że znalazł się w 1933 roku w tłumie, który wiwatował na widok płonącego Reichstagu. Podczas gdy NSDAP dochodziła do władzy w Niemczech, niemłody już człowiek wspinał się krok po kroku po drabince kariery w Sturmabteilungen. Kiedy na początku 1936 roku pojawiła się możliwość objęcia posady Kreisleitera okręgu Grünberg, zrobił wszystko, żeby to właśnie on objął tę funkcję.

Dzisiejszego ranka, otwierając list, zastanawiał się nad kondycją aryjskiej kultury. Brak wpisania nazwiska nadawcy stanowił dla niego zniewagę, której nie zamierzał darować. Nerwowo chwycił za sztylet, którym rozerwał kopertę i wyciągnął z niej kartkę papieru. Nakreślono na niej kilka zdań starannym odręcznym pismem. Nadawca także i tu nie podpisał się. Po przeczytaniu listu twarz Kreisleitera SA pobladła, a jego szczęka gniewnie zacisnęła się.

Nabrał powietrza i przystanął. Chciał sięgnąć po papierosa, ale zrezygnował z tego zamiaru. Sceneria miejsca, które dobrze pamiętał, budziła w nim ambiwalentne uczucia. Ciszę antraktu przed ostatnim aktem sztuki, w której odgrywał główną rolę, przerwało pohukiwanie sowy. W niemieckich przekazach ludowych ten dźwięk zwiastował śmierć i mężczyzna nie mógł oprzeć się wrażeniu prawdziwości przesądu. Oficer hitlerowskich bojówek czuł już na sobie wzrok człowieka, który go tu przywiódł. Nim przyjdzie świt, będzie już po wszystkim…

Grünberg, 16 czerwca 1914 r.

Kriminaldirektor Alfred Brück siedząc w dorożce nerwowo podkręcał wąsy, zły na furmana, który za nic miał jego polecenie, żeby zawiózł go na dworzec kolejowy jak najszybciej. Końskie kopyta rytmicznie stukały o bruk, ale woźnica ani myślał popędzać zwierzęta. Dorożka zjechała z Niederstrasse i mknęła Bahnhofstrasse kiedy funkcjonariusz policji wymownie odsłonił poły marynarki i spojrzał na zegarek, na którym dochodziła godzina czternasta piętnaście. O tej porze od kilkunastu lat pociąg z Breslau wjeżdżał na niezbyt okazałe perony zielonogórskiego dworca kolejowego. Długi sygnał parowozu oznajmiał właśnie mieszkańcom miasta, że i tym razem pociąg nie spóźniał się ani o minutę. Dla Brücka oznaczało to ni mniej ni więcej tylko to, że gdy jego najlepszy współpracownik komisarz Felix Hirsch wysiądzie z pociągu, nikt nie będzie na niego czekał. Przeklinał pod nosem niesfornego woźnicę, który zgarbiony trzymał lejce w skupieniu, ale używał ich nadzwyczaj rzadko. Zza spodni wystawała mu niedbale pomięta i brudna bawełniana koszula.

Dojechawszy na miejsce, spostrzegł tłum ludzi opuszczających perony, dla których niewielkie miasto na Dolnym Śląsku nie miało w sobie zupełnie niczego, co mogłoby przykuć ich uwagę. Pasażerowie z dużymi pakunkami pospiesznie pokonywali drogę prowadzącą z hali dworca do postoju dorożek. W ich trudzie usiłowały im pomóc dzieci gastarbeiterów, które liczyły w zamian na kilka fenigów. Komisarz Felix Hirsch widząc, że nikt na niego nie czeka, przystanął na peronie i oparłszy się o filar wiaty wyciągnął z kieszeni laurensa by zaciągnąć się nim głęboko. Jego twarz wyrażała ulgę po trudach podróży i nadzieję, że już niebawem rozsiądzie się wygodnie w swoim fotelu w mieszkaniu przy Blucherstrasse i popijając kawę zagłębi się w lekturze Grünberger Wochenblatt. Liczył na to, że jego służąca Marta Schmitt przygotuje dla niego wszystkie gazety, które od niepamiętnych czasów abonował, w porządku według dat ich wydania. Chwilę zasłużonego odpoczynku przerwał tubalny głos Brücka. Choć Hirscha nie było zaledwie miesiąc, zawsze witali się jak przyjaciele, którzy spotykają się po wieloletniej rozłące. Kriminaldirektor tonem nie znoszącym sprzeciwu zakomunikował, że to on zaniesie walizkę do dorożki, po czym wskazał drogę swojemu kompanowi.

Tym razem nigdzie im się nie spieszyło. Dorożka leniwie toczyła się po Bahnhofstrasse, obok ukwieconych ogrodów domów Aleksandra Gruschwitza i Carla Lorenza. Zdawali się nie zauważać coraz większego pędu małego przemysłowego miasteczka, w którym ludzie zajęci swoimi codziennymi czynnościami gnali, nie szczędząc sobie drobnych złośliwości i obraźliwych określeń. Kriminaldirektor wpatrywał się w spokojne oblicze współpracownika, które nie chciało mu powiedzieć nic na temat rezultatu miesięcznego pobytu w Zurichu, z którego właśnie powracał po karkołomnej i obfitującej w przesiadki podróży. Zaciekawienie przerwał łagodny ton Hirscha:
- Myślę, że rozwikłałem zagadkę włamania do domu Lizzy Beuchelt. – powiedział komisarz, po czym wyciągnął papierosy. Kriminaldirektor Brück dobrze znał okoliczności sprawy tajemniczego włamania do domu dziedziczki fortuny po zmarłym Georgu Beuchelcie , które zostało dokonane w rezydencji, w której mieszkał niespełna miesiąc po jego śmierci. Mimo wielce prawdopodobnego udziału w sprawie kamerdynera Edwarda Hanuscha, zagadkowości sprawie nadawał fakt, że z mieszkania nic nie zginęło i nic nie zostało zniszczone. Niestety sprawa odkąd ujrzała światło dzienne za pośrednictwem żądnych sensacji dziennikarzy z Grünberger Wochenblatt, nie dawała spokoju policji ani mieszkańcom, który prześcigali się w domniemaniach i szerzeniu nieprawdziwych informacji na temat okoliczności zdarzenia. Dezinformujące wiadomości prasowe i plotki powodowały, że sprawę trzeba było wyjaśnić jak najszybciej. Tymczasem śledztwo utknęło w martwym punkcie i mimo głęboko zakorzenionej pruskiej skłonności mieszkańców miasta do współpracy z organami władzy, nie posuwało się ani o krok.

Mało tego, kilka dni wcześniej jak grom z jasnego nieba, spadła depesza z Berlina, w której w odpowiedzi na skargę osadzonego Edwarda Hanuscha urzędnicy cesarscy dopytują się o postępy w sprawie. Ta sytuacja powodowała, że w landracie rozpoczęły się nerwowe ruchy, których skutki w sposób bezpośredni i personalny mogły dotknąć detektywów zajmujących się sprawą. Gdyby zaś miało się okazać, że tajemnicza wyprawa komisarza do Szwajcarii nie przyniosła pożądanych efektów, decyzje mogłyby zapaść w trybie błyskawicznym. Na taki obrót sprawy liczył cały półświatek Grünbergu, dla którego zaangażowanie w sprawę Hirscha i Brücka niemal za każdym razem oznaczało dla sprawcy długoletnią karę więzienia.
- A już się bałem, że to będzie nasza ostatnia sprawa. – odetchnął z ulgą Brück – Z pozoru błahe włamanie mogło nas pogrzebać jako policjantów. Nawet burmistrz polecił nam stawienie się u niego, jak tylko wrócisz.

Z depeszy, którymi wymieniali się policjanci, Hirsch nie mógł wywnioskować, że sprawy mają się aż tak źle. Mimo zmęczenia podjął szybką decyzję, że odpocznie dopiero wtedy, kiedy na pergaminowych aktach sprawy będzie mógł dokonać adnotacji: „wyjaśniona”. Przejeżdżali właśnie koło Cafe Kaiserkrone , którą uznał za najlepsze miejsce dla zrelacjonowania wyników eskapady. W restauracji panował gwar. Średnio zamożne kobiety i ich towarzysze siadali pod kraciastymi parasolami i raczyli się struclą z makiem i kawą z palarni kawy z Crossen . Damy wyciągały papierosy i wkładały je do długich cygarniczek, mężczyźni z przejęciem rozmawiali o trudnej sytuacji w polityce zagranicznej. Na niewielkim podwyższeniu przygrywali na skrzypcach chłopcy ze szkoły muzycznej Hermana Suckela. Postawna kelnerka Wilma Berger zmierzała z pustą tacą w kierunku kuchni, omiatając wzrokiem stoły. Brück lubił tu przychodzić i obserwować jej zalotnie kołyszące się biodra, kiedy zwinnie lawirowała w gąszczu restauracyjnych mebli. Znaleźli niewielki stolik niedaleko baru, który umożliwiał im swobodną rozmowę i dogodne miejsce do obserwowania ruchów Wilmy Berger.
- Podróż do Zürichu była nam potrzebna do rozwikłania zagadki. – zaczął komisarz Hirsch, przełykając pierwszy łyk młodego zielonogórskiego wina, za którym nie przepadał. Przyzwyczaił się w ostatnim czasie do kosztowania bogatych bukietów francuskiego bordeaux i wybornych deserowych win z Nadrenii. Mimo delikatnego grymasu twarzy kontynuował swoją wypowiedź. – Zrozumiałem, że nasze poszukiwania domniemanego kamienia filozoficznego, który rzekomo miał zostać skradziony dziedziczce po Georgu Beuchelcie, były nietrafione.

Brück aż zakrztusił się winem. Nie mógł pojąć, w jaki sposób podróż do Szwajcarii miała przybliżyć ich do rozwikłania zagadki, skoro wątek śledztwa związany z badaniami Beuchelta nad znalezieniem recepty na nieśmiertelność, miał się okazać chybiony. W myślach przenosił się do dnia 15 września 1913 roku, kiedy to Lizzy Beuchelt zawiadomiła organy ścigania o włamaniu, którego dokonano do domu nieżyjącego przedsiębiorcy. Przez wzgląd na szacunek dla zmarłego zasłużonego obywatela, sprawę potraktowano bardzo poważnie. Oględzin miejsca dokonywali wspólnie z radcą Dresenem i technikiem kryminalistycznym Schneiderem. Wtedy pierwszy raz poznali, że znajdują się w miejscu na wskroś magicznym, gdzie za życia Beuchelta prawdopodobnie nikt nie miał prawa wstępu. Teraz odkrywali ściany pokryte planszami ze wzorami i skomplikowanymi figurami geometrycznymi, które w tamtym czasie w żaden sposób nie przemawiały do nich. Początkowo podejrzewano, że plansze te mogą mieć jakiś związek z ruchem wolnomularskim, ale opinia profesora Knopfa, który przybył następnego dnia z Breslau w sposób jednoznaczny wykluczyła związki przemysłowca z masonerią. Opinia profesora, jaką wtedy usłyszeli, wywołała u nich wielkie zdziwienie i skierowała śledztwo na tory paranaukowych dociekań na długie miesiące. Trudno było im oficjalnie przyjąć fakt, że szanowany przedsiębiorca zajmował się alchemią, choć na ten fakt wskazywało mnóstwo przeróżnych publikacji, starodruków i odręcznych dokumentów, które miał w posiadaniu.

Już po niespełna tygodniu śledczy zauważyli podczas rutynowego przesłuchania kamerdynera Edwarda Hanuscha, że ten udzielając odpowiedzi ponadnormatywnie poci się, wykonuje nerwowe gesty i plącze się w zeznaniach. Wystarczyło tylko, że Brück potrząsnął nim mocniej i powiedział: „A teraz nie kłam, tylko mów jak było, ty krętaczu!” i Hanusch wyjawił swoją rolę w spisku. To on miał być jedną z dwóch osób, które słyszały jak Georg Beuchelt na łożu śmierci wypowiadał słowa: „Znalazłem lekarstwo na nieśmiertelność” i tą informacją podzielił się z aptekarzem Griese, który wespół z innymi postanowił przejrzeć dorobek Beuchelta w tym zakresie. Hanusch miał za zadanie udostępnić klucze do domu Beuchelta i poinformować, kiedy dom będzie pusty. Włamaniem mieli zająć się złodzieje o nazwisku Hering, pochodzący z Groß-Lessen, którzy mieli za zadanie nadać przestępstwu motyw rabunkowy. Właśnie w tym celu przetrząsnęli niemal wszystkie zakamarki tak, że dom przypominał pobojowisko. W międzyczasie Griese miał szperać w bibliotece Beuchelta w poszukiwaniu recepty na nieśmiertelność. Spodziewał się on znaleźć przepis, który będzie zawierał trudne do zdobycia składniki, których nawet sam Beuchelt nie był w stanie skompletować i umarł, nie zapewniwszy sobie długowieczności w wieku lat sześćdziesięciu jeden. Co do dalszego ciągu sprawy nie było już jasne, czy rabusiom udało się znaleźć to, po co przyszli. Złodzieje z Groß-Lessen, którzy brali udział we włamaniu zostali powieszeni w lesie przez kupca Inauera, który w ten sposób dokonał samosądu na zabójcach żony. Aptekarz Griese wyjechał rzekomo do Berlina, ale tam nie zdołano go namierzyć. Od czasu do czasu pojawiały się plotki o tym, że Griese opatentował lekarstwo na nieśmiertelność w Stanach Zjednoczonych i dorobił się tam fortuny. Oficjalne informacje nie potwierdzały tych doniesień.

Profesor Knopf, za zgodą Kriminaldirektora Brücka zabrał bibliografię zgromadzoną w domu zielonogórskiego przemysłowca do Breslau, gdzie wraz ze swoimi studentami i pracownikami naukowymi dokonywał analizy unikatowych opracowań, które miały choćby uprawdopodobnić to, czy Beuchelt mógł być w posiadaniu recepty na nieśmiertelność. Co jakiś czas przychodziły z Breslau wyniki badań, które wskazywały, że Beuchelt był w posiadaniu oryginalnych dokumentów hermetycznych, średniowiecznych starodruków kabalistów i wielu cennych minerałów, co uzasadniało przekonanie o dużym zaangażowaniu przemysłowca w badania. Co prawda powszechnie sądzono, że alchemia przestała się rozwijać i nie była uznawana za naukę już od przeszło dwustu lat, jednak od czasu do czasu okazywało się, że bogaci niemieccy kupcy i przedsiębiorcy prowadzą tajemnicze badania nad stworzeniem substancji, dzięki której zostanie pokonana śmierć. Skoro zaś nie udało się jednoznacznie wykluczyć możliwości stworzenia kamienia filozoficznego w murach zielonogórskiej kamienicy, ten wątek śledztwa pozostawał żywy i niezmiennie budził kontrowersje.

Tajemniczości sprawie nadawał list Beuchelta do Carla Gustawa Junga, w którym pisał, że nie zdecyduje się na założenie rodziny i spłodzenie potomka, dopóki świat nie wynajdzie lekarstwa na wszystkie choroby świata i recepty na nieśmiertelność. W odpowiedzi na pismo swojego śląskiego przyjaciela Jung pisał o wrodzonej ludzkiej świadomości, która miota się pomiędzy dążeniem do nieśmiertelności a ludzkimi popędami, które dążą do zachowania gatunku. Póki co – jak pisał – przeważają popędy biologiczne, dzięki którym się rozmnażamy, choć Ty, drogi Georgu, możesz się okazać protoplastą tendencji zgoła odwrotnej. Georg Beuchelt umierając nie pozostawił po sobie żadnego potomka. Taki stan rzeczy mógł przekonywać, że Beuchelt umarł nie odkrywszy tego, co chciał odkryć. Druga teoria mówiła jednak o tym, że Beuchelt umarł niespodziewanie tak, że nie zdążył ani przyrządzić tajemniczej substancji ani też spłodzić potomka. Jak to wtedy zgrabnie uzasadnił Hirsch: „mors malum non est, sola ius aequum generis humani”.

W tym stanie wiedzy detektywi trwali już od grudnia. W dalszym ciągu niemożliwe było ujęcie aptekarza Griesego, a regularne przesłuchania Hanuscha nie przynosiły żadnych korzyści śledztwu. Wyglądało na to, że młody uczeń profesora Zygmunta Freunda, którego sława obiegła cały niemieckojęzyczny świat, jest jedną z niewielu osób, która może przedstawić odpowiedzi na pytania nurtujące śledczych. Spotkanie z Jungiem, który przeżywał osobisty dramat po zerwaniu kontaktów ze swoim mistrzem i zamknął się w sobie, nie było łatwe do zaaranżowania. Początkowo uczony kategorycznie odmówił jakiegokolwiek komentarza w sprawie, uznając z gruntu, że nie posiada żadnych informacji, które mogą być istotne dla wyjaśnienia sprawy i nie chciał tracić swojego czasu, którego ciągle mu brakowało. W końcu zaprosił Hirscha do Zürichu.

- Przez pierwszy tydzień dzień w dzień pukałem do drzwi domu tego człowieka, a on kazał mi przychodzić następnego dnia. – opowiadał wyraźnie podenerwowany komisarz – Traciłem kolejne dni na przychodzenie do niego aż w końcu po tygodniu przekroczyłem próg jego ekscentrycznego domu, w którym w każdym miejscu znajdowały się ekspozycje z przedmiotami codziennego użytku ludów Afryki i Ameryki Północnej. Położyłem na stole dwa listy, które były fragmentem korespondencji między nim a Beucheltem. Przeczytał je i zaczął udzielać mi wyjaśnień językiem tak dalece niezrozumiałym dla mnie, że z trudem udało mi się to wszystko zanotować. W pewnym momencie zorientował się, że zupełnie nie wiem o czym mówi i najzwyczajniej w świecie wyprosił mnie, polecając mi przyjść po przeczytaniu podstawowych publikacji dotyczących alchemii. Wyobrażasz to sobie?! – pytał retorycznie Hirsch – Wyrzucił mnie, jak się wyrzuca z lekcji nieprzygotowanego studenta!

Brück w duchu podziękował losowi, że to nie on musiał odbyć morderczą podróż do Szwajcarii tylko po to, żeby znosić upokorzenia przemądrzałego naukowca. Jego metody pozyskiwania informacji nigdy nie zakładały odkładania niczego na później. W Grünbergu zwykł ściskać przesłuchiwanych za gardło tak długo, aż nie zaczynali z nim współpracować. Obaj zdawali sobie sprawę, że na obcej ziemi takie zachowanie było niedopuszczalne. Brück spoglądał w czaszę pucharu, w którym kołysała się mętna ciemnoczerwona substancja, oddając się w ten sposób refleksji nad trudnym losem cesarskiego funkcjonariusza policji. Komisarz Hirsch kontynuował opowieść:
- Co się odwlecze, to nie uciecze. Poszedłem na katedrę historii nowożytnej, gdzie spotkałem profesora Gderlicha, którego wygląd i charakterystyczna mowa bezsprzecznie świadczyła o żydowskim pochodzeniu. Ów starszy jegomość miał rozległą wiedzę na temat średniowiecznych alchemików. Przy butelce dobrego wina potrafił bez ustanku opowiadać o Adamie Kadmonie z kabały i o Jakubie Boehme, którzy stanowią jakby klamrę spinającą początki i schyłek tej, oryginalnej w treści, nauki. Na początku nie bardzo rozumiałem płomieniste tyrady profesora, z czasem zacząłem rozumieć główny cel, który przyświecał poszukiwaniom alchemików. Któż z nas nie chciałby znać sposobu na przemianę ołowiu w złoto, albo na znalezienie leku na wszystkie choroby?! – Hirsch wyraźnie podniecony umilkł, spostrzegłszy zdegustowaną minę swojego kompana, który już zaczynał wątpić, czy jego pracownik aby nie postradał zmysłów. Wodził błędnie wzrokiem po bogatym sklepieniu restauracji.
- W końcu uznałem, że jestem przygotowany do rozmowy z Jungiem. Postanowiłem, że za nic w świecie tym razem mnie nie odeśle do diabła. Kiedy otworzył mi drzwi delikatnie zaparłem stopą drzwi, ale ku mojemu zdziwieniu rozpostarły się one szeroko i moim oczom ukazał się człowiek o pogodnej i sympatycznej fizjonomii. Zaprosił mnie do środka, jego służąca zaparzyła dla nas aromatyczną wiedeńską kawę z mlekiem a my oddaliśmy się dyskusji na tarasie. Początkowo Jung patrzył na mnie nieufnie, ale widząc że podążałem za jego tokiem rozumowania, jego wzrok zapalił się ku mnie i zaczął mi wyjaśniać swoją teorię, do której zdołał przekonać Beuchelta.

Słysząc nazwisko Beuchelt, oczy Brücka na chwilę oderwały się od zdobień sufitu i mocno wlepiły się w rozentuzjazmowanego Hirscha.
- O czym stanowi ta teoria? – zapytał sceptycznie Kriminaldirektor, nie ukrywając jednak zaciekawienia.
- Cóż, zdaniem Junga… - Hirsch koncentrował się i widać było, że myślenie sprawia mu trudności. – Zdaniem tego człowieka alchemia wzięła się z dążeń człowieka do poznania świata. Zanim nauka wyodrębniła metody badawcze i skierowała poszukiwania na tory spójnych teorii, odkryć próbowano dokonywać w sposób nieuporządkowany. Ot, weźmy choćby Kolumba! Swojego odkrycia dokonał przez przypadek. Takich przypadków w historii było dużo więcej. – argumentował komisarz. - W takim stanie rzeczy, alchemia była jakby przedpsychologią, w której dokonywało się zderzenie rzeczywistości z ludzkim umysłem.

Kriminaldirektor Brück był wyraźnie poirytowany tym, co słyszał. Po pierwsze, nie rozumiał z tego prawie nic, a po wtóre frazy, które zrozumiał, zdawały mu się być sprzeczne z naukami, które pobierał w cesarskim gimnazjum we Frankfurcie nad Odrą.
- Co z tego wszystkiego wynika dla nas? – zapytał w końcu.
Komisarz Hirsch wyczuł, że mentalnie góruje nad swoim przyjacielem. Zaciągnął się głęboko papierosem i spokojnie wyjawił tajemnicę przyjacielowi:
- Alchemia to lipa! To pseudonaukowe bzdury. Były człowiekowi potrzebne, zanim pojawiła się prawdziwa nauka, bo dawała odpowiedzi na wiele pytań. Nie ma czegoś takiego jak kamień filozoficzny i panaceum na wszystkie choroby. – zaśmiał się Hirsch.
- Tak myślałem! – zachichotał Brück. Szacowne panie z towarzystwa z niesmakiem spojrzały na chichoczących się policjantów.
- Jung przekonał Beuchelta, że poszukiwania kamienia filozoficznego nie mają sensu, ale dał mu coś w zamian. – małe brązowe oczy Brücka, głęboko osadzone w oczodołach, wbiły się w twarz przyjaciela, który wyraźnie rozkręcał się i nonszalancko opowiadał. – Jung wyjaśnił Beucheltowi, że on już odnalazł swój kamień filozoficzny i receptę na nieśmiertelność.
- Jak to!? – głośno zaprotestował Kriminaldirektor. Miał wrażenie, że jego przyjaciel gra z nim w jakąś podstępną grę. Nie dalej jak przed chwilą powiedział przecież, że alchemia niczego nie wynalazła. Miał nadzieję, że opowieści, których nie rozumiał ma już za sobą, a tymczasem znów pojawiały się trudne słowa, których sensu nigdy nie pojmował.
- Spokojnie. Już wyjaśniam. Carl Gustaw Jung przekonał naszego Georga, że kamień filozoficzny to pojęcie abstrakcyjne rozumiane jako zdolność robienia pieniędzy, a kto jak kto, ale Beuchelt miał głowę do interesów.
- Kapitalnie! – wyrwało się Brückowi, który najwyraźniej odnajdował się w wyjaśnieniach komisarza – Beuchelt miał w rozumie kamień filozoficzny!
Także i tym razem goście kawiarni Kaiserkrone wydali się być poruszeni tym grubiańskim wybuchem radości. Niepodobna, żeby ktoś z gości wstał i zwrócił uwagę człowiekowi, który dzień w dzień wystawiał się na niebezpieczeństwa dla publicznego dobra, niemniej jego błądzący po twarzach gości wzrok nie mógł zasłużyć na aprobatę. – A nieśmiertelność? Jakże mógł sobie ją zapewnić? – zapytał Brück nieco ściszonym głosem.
- Ponad czterysta stalowych mostów, linia kolejowa z Bagdadu do Damaszku, dworzec kolejowy w Pozen, świetnie prosperująca fabryka. – wyliczał Hirsch. – To wszystko zapewniło mu sławę, którą będzie się cieszył jeszcze przez wiele stuleci.

„Że też sam na to nie wpadłem.” – pomyślał Brück. Elementy układanki dobrze do siebie pasowały. Zrazu zrozumiał, co miał na myśli nieboszczyk Beuchelt, kiedy wypowiadał słowa „Znalazłem lekarstwo na nieśmiertelność”. Ten idiota Hanusch nie zrozumiał i przez to mamy to całe zamieszanie.
- Wygląda na to, że Hanusch wyjdzie na wolność… - rzekł zrezygnowany Brück po chwili.
- Niekoniecznie. – zaprotestował Hirsch. – U Carla Gustawa Junga w mieszkaniu znalazłem dwa srebrne kandelabry, identyczne jak te, na które natknęliśmy się podczas przesłuchania Hanuscha. Wówczas kamerdyner utrzymywał, że srebra należą do jego rodziny od wielu lat. Jung – tak jak przypuszczałem – potwierdził, że Beuchelt nabył je podczas wizyty w Zürichu. Spodziewał się, że nigdy nie trafimy na ten trop i zabrał je sobie do domu. Tymczasem odwiedziłem pracownię, w której księgach rachunkowych znalazłem wysyłkę dla pana Beuchelta w Grünbergu. Rzecz jasna, dowodu zakupu kandelabrów przez Hanuscha nie było. Zdobyłem także zeznania na piśmie Junga, który potwierdził, że Beucheltowi spodobały się jego świeczniki, ale nie chciał mu ich odsprzedać. Wówczas zaprowadził go do pracowni, w której dokonał zakupu i Beuchelt zamówił dwa identyczne kandelabry. Według ksiąg dotarły do Grünbergu już po śmierci kupującego. Hanusch postanowił więc wykorzystać fakt, że nikt ich nie widział w domu przedsiębiorcy i po prostu okradł umarłego!
- Już ja z nim sobie porozmawiam! – odgrażał się Brück – Już czuję w rękach jego miażdżoną krtań, kiedy będzie mi wszystko opowiadał tym swoim parszywym cienkim głosikiem.

Grünberg, 4 lipca 1914r.

W spokoju i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, popijali fatalnej jakości wino od Gremplera. Było cierpkie i nie miało w sobie zupełnie nic, czym można by się zachwycić. Było za to tanie i mocno szumiało w głowie. Taka chwila oderwania się od rzeczywistości, która powoli przechodziła prochem Pierwszej Wojny Światowej, była im potrzebna. Hanusch odsiadywał karę pozbawienia wolności, zesłany na roboty przy umacnianiu fortyfikacji w rejonie Küstrin. Po aptekarzu Griese słuch zaginął. Komisarz Hirsch czuł w powietrzu, że wiatr wiejący z zachodu jeszcze postawi przed nim nikczemną twarz Griesego i dopowie mu historię, która naprawdę wydarzyła się w pewną majową noc…

las pomiędzy Grünberg a Groß-Lessen
noc z 26 na 27 kwietnia 1936 r.

Felix Hirsch stał za Kreisleiterem SA Hansem Meierem i przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Dla niego było oczywiste, że stojący przed nim mężczyzna to Herman Griese, aptekarz, który uciekł z Zielonej Góry przed sprawiedliwością. Spędził na poszukiwaniu tego człowieka ponad dwadzieścia lat, ale teraz nie mógł go zaaresztować.
- I co zabijesz oficera SA strzałem w tył głowy, szczurze? – odezwał się w końcu Kreisleiter, mając świadomość, że autor anonimu znajduje się za nim.
- Nawet nie mam broni. – usprawiedliwił się Hirsch. SA-man obrócił się i spojrzał na niego podejrzliwie, kiedy ten sięgał do kieszeni po papierośnicę i wyciągnął z niej laurensa. „Jeśli miałbym umrzeć w tę parszywą noc, to przynajmniej z papierosem w gębie.”- pomyślał Hirsch. Ubrany był po cywilnemu i żaden element jego garderoby nie wskazywał na jego policyjną proweniencję. Nie było w tym nic dziwnego. Jako zwolennik prezydenta Hindenburga i ustroju demokratycznego, po dojściu Hitlera do władzy, musiał zdać oznakę i policyjną broń. Od tamtego czasu nie trzymał w ręku żadnego pistoletu.

Griese podszedł bliżej tak, że na jego siwej szczecinie wyraźnie rysowała się sporych rozmiarów blizna, przechodząca przez czoło i kończąca się gdzieś we włosach. Jego szczupła i smukła twarz wyrażała triumf. Jeśli wcześniej miał wątpliwości, czy jest jeszcze ktoś, kto oprócz Hirscha wie o jego prawdziwej tożsamości, to w tej chwili wyzbył się takich podejrzeń. Były komisarz policji stał przed nim, paląc papierosa i jakby nie przeczuwając tego, że za moment jego dobrze wiążący fakty mózg zostanie nafaszerowany ołowiem.
- A więc to jest piętno, którym naznaczyli cię bracia Hering. – Hirsch zaśmiał się szyderczo. – Faktycznie, mocno odmienili twoją na pozór poczciwą facjatę.

Żeby dojrzeć jakiekolwiek podobieństwo pomiędzy portretem załączonym do listu gończego a obecnym wyglądem Kreisleitera, trzeba było mocno się skoncentrować. Od tamtego czasu twarz Griesego nabrała ostrych krawędzi i zrobiła się pociągła. Prawie w niczym nie przypominała lekko pucułowatej okrągłej twarzy pana zza lady apteki, który odziany w biały fartuch przygotowywał lekarstwa. Poczciwy wyraz twarzy zastąpił bezczelny grymas i obłędny wzrok, który tępo wpatrywał się w komisarza.
- Dałem ci szansę, ale jej nie wykorzystałeś. Osobiście dopilnowałem, żeby zgoda na wyjazd z kraju została tobie wydana w tempie natychmiastowym. Twoja ciekawość była jednak silniejsza niż perspektywa spokojnego dopełnienia żywota na amerykańskiej ziemi. – oblicze Griesego stało się łagodniejsze – Zasłużyłeś przed śmiercią na to, żeby dowiedzieć się, co wydarzyło się tamtej nocy.

Griese rozpoczął opowieść, w trakcie której ani na moment nie opuszczał lufy pistoletu, wymierzonego w Hirscha:
- Kiedy przyszedł do mnie Hanusch, o którym wiedziałem, że był kamerdynerem u Beuchelta i wyjawił, że posiada wiedzę, która pomoże nam stać się bogatymi ludźmi, zrazu zainteresowałem się rewelacjami tego człowieka. Miałem już dość życia w tym małym miasteczku i monotonii codziennych obowiązków w aptece. Na początku nie bardzo wierzyłem Hanuschowi, ale któregoś dnia przyniósł mi trochę starych dokumentów. Uwierzyłem, że ten dureń wynalazł receptę na nieśmiertelność. – Kreisleiter zaśmiał się gorzko. – To co stało się później nie miało już większego znaczenia. Oczywiście trop był trefny. Nic tam nie znaleźliśmy, a Heringowie uparli się, żeby ukraść kosztowności. Byłem temu przeciwny, bo nie byłem nigdy pospolitym złodziejem. Heringowie mieli dostać zapłatę, ale nie mieli prawa nic ukraść. Tu w tym miejscu zorientowałem się, że mnie oszukali! – zagrzmiał tubalnie Griese. – Kiedy spuściłem ich z oczu na chwilę, zdołali ukraść trochę złota.

Oczy Griesego zaczęły błądzić po okolicy:
- Tu jest to złoto! – mężczyzna wskazał na drzewo, wydając Hirschowi polecenia kopania pod drzewem. Felix Hirsch posłusznie zaczął odgrzebywać ziemię pod dębem. Po chwili natknął się na kosztowności.
- Widzisz!? Nic z tego nie zabrałem dla siebie! – huczał Griese – Wszystko co zniknęło, jest tutaj.

Hirsch uświadomił sobie, że w trakcie śledztwa musieli coś przeoczyć, skoro nie zauważono zniknięcia złotej biżuterii. W tym momencie wydawało mu się to jednak zupełnie nieistotne. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że kosztowności nie pochodziły z domu Beuchelta, ale z napadu na żonę kupca Inauera. Po wielu latach wciąż pamiętał zaginione klejnoty, których nigdy nie odnaleziono. Chwilę zadumy przerwała dalsza część opowiadania Griesego:
- Tu w tym miejscu powiesiłem ich jednego po drugim! – krzyczał wyraźnie poruszony – Powiesiłem ich, bo brzydzę się złodziejami. Odmówiłem im przywileju oddychania tym samym powietrzem, którym oddycham ja! – ostatnie słowa Kreisleitera zabrzmiały patetycznie.

Hirsch przypomniał sobie twarz kupca Bertholda Inauera na sali rozpraw, który przyznawał się do winy twierdząc, że zbrodni dokonał on sam, pragnąc sprawiedliwości i obserwując nieporadność wymiaru sprawiedliwości. Zarówno Brück jak i Hirsch już wtedy wiedzieli, że kłamie, ale wobec braku innych dowodów, został skazany na karę piętnastu lat pozbawienia wolności. Sąd wziął za okoliczność łagodzącą fakt, że zbrodnia została dokonana pod wpływem silnych emocji, wywołanych śmiercią żony.

Policyjny nos Hirscha podpowiedział mu, że jest jeszcze coś innego, co łączy obie sprawy, poza osobami braci Hering. Domyślił się z łatwością, że biżuteria została w to miejsce podrzucona już po śmierci żony Heringa i po włamaniu do rezydencji Beuchelta. „Być może nawet dziś” – pomyślał Hirsch. W jego ścisłym umyśle oficera śledczego nie było uzasadnienia, dla którego bracia Hering mieliby nosić przy sobie łupy podczas kolejnych skoków.

Nagle pozornie niepasujące do siebie elementy układanki, ułożyły się w całość. W niewyjaśnionych okolicznościach Inauer dowiedział się o tym, że Griese powiesił Heringów. Sam zamordował żonę i za tę zbrodnię czekałby go stryczek, chyba że umiejętnie oddaliłby od siebie podejrzenia. Zapłacił Griesemu klejnotami swojej nieżyjącej żony za tę przysługę. Hirsch poczuł w sobie przypływ woli do życia. Miał do załatwienia jeszcze jedną sprawę na świecie. Jego sytuacja nie dawała mu jednak zbyt dużego pola manewru. Kreisleiter mierzył do niego z Walthera z odległości nie większej niż trzy metry. Gdyby chciał strzelić, nie miał szansy chybić.
- Żegnaj, komisarzu. – w tonie głosu Griesego nie można było dosłyszeć ani odrobiny żalu.
- Jeśli mnie teraz zabijesz, nigdy nie dowiesz się, co odkrył Beuchelt. – Hirsch wypowiadał słowa szybko i nerwowo. Griese wybuchnął śmiechem. W jego śmiechu był jednak i żal i rozczarowanie.
- Ty idioto! Nie rozumiesz, że nie było żadnego leku na nieśmiertelność. Przeczytałem tomy w bibliotekach od Berlina po Freiburg tylko po to, żeby się dowiedzieć, że alchemia to narzędzie szarlatanów, dzięki któremu naciągali dwory na duże sumy pieniędzy!
- Coś jednak tam było. Coś, dlaczego nieboszczyk Beuchelt tuż przed śmiercią wypowiedział swoje słynne słowa.
- Łżesz!!! – Griese z całej siły kopnął Hirscha, który osunął się na ziemię. – Nie ma żadnego leku na nieśmiertelność! Wszyscy umrzemy!

Hirsch leżał na ziemi zwijając się z bólu. Starzec ciągle miał niezwykłą siłę, więc cios, który mu zadał zrobił na nim spore wrażenie. Komisarz słaniając się szukał w glebie kamienia. Kiedy tylko znalazł twardy i ostry przedmiot bez chwili wahania cisnął nim w Griesego. Mężczyzna, który przed momentem dostał w oko, opuścił pistolet i zwijał się z bólu. Nadchodzący od północy zimny powiew wiatru śpiewał hymn Erynii. Wicher zagłuszył jeden celny strzał, po którym wysoki mężczyzna w hitlerowskim mundurze padł nieżywy. Hirsch pomyślał, że przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych wyśle do piekła jeszcze jednego człowieka. Ten, kogo miał na myśli, spał niespokojnie w swoim mieszkaniu na przedmieściach Grünbergu, jakby wyrzuty sumienia po zabójstwie żony nigdy go nie opuściły.

Zdjęcia

  • Zielona Góra (przed 1945r.)
MM-kowicz pełną gębą :)
AmIright
Autor:AmIright

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Szambelan
Szambelan czw., 2011-09-22 10:37

Ho, ho - ciekawe... Ale co z Beucheltem ma wspólnego fotka?

Są przecież dokumenty
Pozdrawiam

Szambelan
AmIright
AmIright czw., 2011-09-22 13:05

Fotka

w moim najszczerszym zamiarze nie ma mieć nic wspólnego z Beuchelcikiem. W zamyśle miała być to tylko fotka z przedwojennej Zielonej Góry. Zdjęcie nie jest też częścią wyróżnionego opowiadania.

Robert Narkun (robertnarkun@o2.pl)
Lucyna
Lucyna czw., 2011-09-22 15:00

Jak dla mnie ciekawe , lubię

Jak dla mnie ciekawe , lubię taki klimat , coś jak z Kirsta oczywiście chodzi mi o klimat =)

Lucyna
W_Drozłowski
W_Drozłowski sob., 2011-10-01 11:18

Podziwiam dbałość o detale ,

Podziwiam dbałość o detale , druga wojna światowa i wszystko co z tym związane to mój konik. Warte przeczytania .
Gratuluję wyróżnienia.

W_Drozłowski
AmIright
AmIright wt., 2011-11-22 20:24

dziękuję

@W_Drozłowski:

:)

Robert Narkun (robertnarkun@o2.pl)