Czas na Palisounder
W związku, z tym postanowiliśmy porozmawiać z zespołem:
- Jak to się stało, że zainteresowaliście się muzyką na poważnie?
- Każdy z nas inaczej zaczynał przygodę z muzyką. Większość z nas jest muzykami z wykształcenia. Kasia Pawłowicz śpiewa i gra od ósmego roku życia. Ukończyła Edukację muzyczną na zielonogórskim UZ-cie ze specjalizacją Kompozycja z aranżacją. Staś Zimniewicz zaczynał jako amator w żarskich zespołach rockowych a potem ukończył ten sam kierunek na UZ ale specjalizował się z muzykoterapii. Stasiu Jordanow, nasz basista ,pisze właśnie pracę magisterską na tym samym kierunku ale, żeby nie było zbyt monotonnie ze specjalizacją Muzyka jazzowa. Tylko on i Kasia ukończyli szkołę muzyczną I-go stopnia. Kasia Maliszewska pochodzi z poznańskiej muzycznej rodziny z tradycjami więc swoje zainteresowanie muzyką odziedziczyła w genach. Maciek jest również synem muzyka ale jego przygoda z edukacją muzyczna była krótka i mdła. Dopiero szalony pomysł zakupienia dud skłonił go do pierwszych eksperymentów na muzycznym ringu.
- Skąd pomysł na nazwę zespołu?
- Ponieważ instrumentarium naszego zespołu pierwotnie składało się z instrumentów akustycznych obraliśmy sobie na patrona drewno o nazwie palisander, które jest masowo wykorzystywane w lutnictwie jako surowiec do produkcji instrumentów. Żeby jednak zwiększyć stopień trudności w poprawnym wypowiedzeniu nazwy zespołu człon „sand” przerobiliśmy na „sound” to po angielsku znaczy dźwięk.
- Polski rynek muzyczny wydaje się hermetyczny, czy trudno na nim zaistnieć?
- Nie mamy pojęcia. Jeszcze nie zaistnieliśmy więc trudno formułować odpowiedź na bazie własnych doświadczeń. Myślimy, że to kwestia promocji a więc pieniędzy. Dzisiejszy rynek muzyczny pokazuje, że nie trzeba wiele sobą reprezentować, żeby zaistnieć jeżeli spełniony będzie wcześniej wymieniony warunek. Żadne z nas nie posiada nazwiska, które byłoby kojarzone w kręgach polskich elit finansowych dlatego chyba czeka nas szlak wydeptany przez mało zasobnych poprzedników.
- Czy planujecie w najbliższym czasie wydać płytę?
- Na razie pracujemy nad skompletowaniem materiału na długi autorski koncert.
Czy zamieni się on kiedyś w płytę? To będzie zależało od tzw. „społecznego zapotrzebowania” na naszą muzykę
- Jak dużo przygotowaliście już własnych utworów?
- Do tej pory powstało 12 utworów i piosenek, z których wykonujemy 10. Pozostałe
są w przygotowaniu i czekają na swój czas. Pomysłów na utwory jest mnóstwo. Brakuje tylko czasu na ich opracowanie.
- Czy twórczość czerpiąca garściami z folku jest w Polsce traktowana na poważnie?
- W Polsce poważnie jest traktowana tylko muzyka poważna. To żart. Inaczej tę muzykę potraktuje bywalec filharmonii a inaczej publiczność festiwali folkowych, choć nie można zarzucić kompozytorom muzyki poważnej, że ignorują folklor i inspirację z niego czerpaną.
- Teraz tworzycie muzykę, ale czego sami najczęściej słuchacie? Jacy inni muzycy są dla was inspiracją?
- Każdy z nas wyrósł z innego środowiska muzycznego. Mamy w zespole zdeklarowanych bluesmanów, rockmanów, celtofilów i jazzmanów. Ciekawostką jest to, że nasza twórczość nie jest efektem kompromisu tylko wypadkową naszych gustów i poszukiwań. Ciężko mówić o wzorcach. To co gramy bardziej wypływa z nas niż jest kompozytem gotowych muzycznych matryc.
- Jakie są wasze plany muzyczne na przyszłość?
- Przede wszystkim chęć opuszczenia sali prób i wyjścia do szeroko pojętej publiczności. Grać i tworzyć. Dać się poznać z jak najlepszej muzycznej strony.
- Jak chcielibyście zachęcić ludzi aby słuchali więcej waszej muzyki?
- Czy słyszał pan o łańcuszku szczęścia? Będziemy wysyłali Internetem takie łańcuszki do znajomych z informacją, że nierozesłanie naszych mp-trójek do następnych 50 osób grozi – i tutaj opis dotkliwych w skutkach konsekwencji. Co mamy do stracenia?
Więcej o samym zespole możecie się dowiedzieć w poprzednim artykule na MMce:
http://www.mmzielonagora.pl/artykul/folkowe-szalenstwo-52791.html



























Kontakt:
Cieszy mnie kontynuowanie tradycji
Były modne łańcuszki szczęścia z obowiązkowym pisaniem listów do dziesięciu znajomych. nawet poważne państwowe instytucje dawały się nabierać na pragnienie podobno chorego chłopca co chciałby się zapisać do księgi z rekordem zbierania widokówek.
Ten obowiązek wysłuchania twórczości "Palisounder-a" można zagrozić grzechem śmiertelnym.