Beirut czyli magiczne indie folkowe brzmienie!
Przyznam się szczerze, że słyszałem bardzo wiele komplementów pod adresem tej formacji po jej ostatnich występach w kraju nad Wisłą. Kiedy więc gruchnęła wieść o koncercie w Warszawie, czym prędzej kupiłem bilet.
Ale co to właściwie za zespół ten Beirut i jakiż to rodzaj muzyki kryje się pod enigmatycznym skrótem indie folk. Już spieszę z wyjaśnieniami.
Beirut to jednoosobowa kapela założona przez multiinstrumentalistę Zacha Condona. W swojej twórczości artysta sięga do niezwykle szerokiej palety gatunków muzycznych – począwszy od klasycznego i alternatywnego rocka, poprzez elektronikę i psychodelię, a na cygańskich i bałkańskich rytmach kończąc. Jego głównym instrumentem jest ukulele, gdyż uraz nadgarstka nie pozwala mu grać na gitarze. Condon już jako nastolatek eksperymentował z muzyką, tworząc swoje pierwsze amatorskie utwory w stylistyce elektroniki lo-fi a także doo-wop. W wieku 16 lat rzucił szkołę i wyjechał w długą podróż po Europie, gdzie odkrył i zafascynował się muzyką bałkańską, a w szczególności orkiestrą Bobana Markovića i Gorana Bregovića. Choć zespół tworzy jedna osoba zawsze grywa i daje koncerty w gronie zaprzyjaźnionych muzyków.
Sam nurt indie rockowy można scharakteryzować najłatwiej po prostu jako muzykę niezależną. Nazwa pochodzi od słowa independent (z ang. niezależny) czyli w skrócie właśnie indie. Często tego terminu używa się do opisania muzyki granej przez zespoły, których nie interesuje komercyjna ścieżka kariery, choć współcześnie straciło to już swoje oryginalne znaczenie. Zespoły nazywane tym mianem często wydają swoją twórczość w małych, niezależnych wytwórniach płytowych. Indie rock niekiedy określa się jako podgatunek rocka alternatywnego. Folk ja sam nazwa wskazuje dodaje brzmienie odwołujące się do tradycyjnych korzeni oraz klasycznych instrumentów. Mieszanka ta zwana potocznie indie folkiem potrafi dawać bardzo ciekawe i zaskakujące efekty, czego świetnym przykładem jest właśnie twórczość Beirutu. Zresztą posłuchajcie sami:
http://www.youtube.com/watch?v=KMMjEOY3VGk
http://www.youtube.com/watch?v=lDuDGjw86og
http://www.youtube.com/watch?v=jc3ZAs17uAg
A jak podobał mi się sam koncert? Powiem szczerze, że jadąc do stolicy ani przez chwilę nie wątpiłem, że będzie to porządny kawałek dobrego grania. I w istocie się nie zawiodłem. Jako support zagrał Polski rodzimy duet Paula i Karol którzy jako zespół od 2009 stawiają swoje pierwsze estradowe kroki. Była to doskonała rozgrzewka, udało im się wprowadzić fajny klimat. W końcu jednak gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie. Od pierwszego riffu, kiedy rozbrzmiały rytmy Nantes publiczność zawrzała. Oklaski, okrzyki i szaleństwa nie miały końca. Kiedy Zach zaintonował pierwsze rytmy Postcard From Italy na swojej nowej zabawce, jak sam określił trzymane w ręku 6 strunowe ukulele, atmosfera podniosła się do granic możliwości. Dawno nie widziałem tak gorącej publiczności.
Zespół zagrał cały przekrój swoich hitów mieszając je z kawałkami typowo instrumentalnymi. Jedyne, czego według mnie zabrakło w repertuarze to większego nacisku na elektronikę, który znamy ze studyjnych aranżacji. Wynikało to jednak po prostu ze składu zespołu podczas obecnej trasy koncertowej. Motywem przewodnim jak wyraźnie było słychać są odniesienia do brzmień typowo folkowych. W przeciwieństwie do koncertu w Pradze gdzie Beirut zagrał dwa dni wcześniej mieliśmy okazję wysłuchać aż dwóch bisów. W męczącej drodze porannym pociągiem do domu jeszcze długo brzmiała mi uszach magia dźwięków, które usłyszałem poprzedniego wieczoru.
Zródła: Wikipedia, Last.fm






























Kontakt: